Kos, 2011 rok.

Tunelowy zawrót głowy w Londynie

Moja złamana noga miewa się coraz lepiej. Ale nadal nie mogę jej nadwyrężać jeśli do listopada chcę wydobrzeć i nie mieć żadnych problemów z noszeniem plecaka w Indonezji. W związku z czym z ogromną zazdrością spoglądam na mojego Ojca, który radośnie pomyka po Warszawie na hulajnodze lub rowerze. W związku z powyższym dzisiejszy wpis będzie o … rowerach.

Kos, 2011 rok.

Kos, 2011 rok.

Coraz więcej ludzi porusza się po miastach rowerami. Sama jestem zagorzałą wielbicielką tych jednośladów, które dają namiastkę wolności i niezależności. Gdy byłam dzieckiem jeździłam z mamą do babci na Mokotów: wzdłuż Łazienek, koło kina Moskwa, Rakowiecką na Aleje Niepodległości. Na początku jeździłyśmy chodnikami, ale gdy podrosłam mama pozwalała mi pedałować za sobą po ulicy – byłam dumna jak paw. Pamiętam, że na tę sportową okazję zakładała spodnie, takie granatowe z cienkiego materiału, do których w zestawie miała lakierowaną, wiśniową torebeczkę, przerzuconą przez ramię. Sportowo, ale z domieszką nuty elegancji. Aby siatki z zakupami, które namiętnie robiłyśmy w Supersamie, nie obijały nam kolan, tata przyczepił do roweru mamy, marki Flaming, metalowy koszyk, wyniesiony zresztą po cichu, choć za zgodą kasjerki, z tegoż atrakcyjnego sklepu. I tak jeździłyśmy pustymi wtedy ulicami, czerpiąc z tego ogromną przyjemność. Dzisiaj wielkim pasjonatem jazdy rowerem stał się mój tata, który od wczesnej wiosny do późnej jesieni wyrusza na ścieżki rowerowe, okalające nasze rodzinne strony. Gdy z nim jadę czuję się jak mała dziewczynka.
Gdzie masz kask? – pytał na początku zeszłej wiosny.
Nie mam, bo nie używam.
To źle – i następnego dnia miałam już na głowie biały kask z czarną taśmą pod brodą.
Czemu tak pędzisz? – krzyczy za mną, jak tylko trochę przyspieszę. – Nie jedź koło mnie tylko za mną, a najlepiej przede mną, abym cię widział! Uważaj, tam jest ostry zjazd z górki i wyjazd na jezdnię!!!! – Czy już wspomniałam, że jestem po trzydziestce?
Jeżdżąc od rodziców do swojego mieszkania jestem szczęśliwa, że mogę korzystać ze ścieżek rowerowych, bo mówiąc szczerze, gdyby ktoś kazał mi jechać ulicą (a ponoć tak trzeba, gdy nie ma ścieżki), to chyba umarłabym ze strachu. Tłok, hałas, koleiny i szaleni zarówno kierowcy, jak i znacznie częściej bezmyślni rowerzyści. To nie Kopenhaga czy Amsterdam, że z głową w chmurach można oddawać się rowerowej przejażdżce. Tu trzeba być czujnym niczym lis w kurniku. Nie dziwi mnie więc pomysł z Wielkiej Brytanii, aby liczące setki kilometrów podziemne tunele Londynu dostosować do potrzeb rowerzystów. Szybki transfer z jednej dzielnicy do drugiej? Czemu nie, skoro są ku temu sprzyjające możliwości. Według planu tunele zostaną odnowione, zmodernizowane i przystosowane dla jednośladów. Będą kawiarnie i sklepiki, będzie dostępne WiFI, a wszystko pod ziemią. Może brzmi to trochę niesamowicie, gdy na niebie świeci słoneczko, ale ma już swoją rację bytu, gdy pada deszcz lub śnieg. Pomysł ten przypomina mi trochę podziemne przejścia w kanadyjskim Montrealu. Tam, szczególnie zimą, życie toczy się w tunelach pod miastem i dzięki temu suchą nogą i bez parasola można dotrzeć do wielu punktów tej metropolii.

rower2

Wietnam, Hoi An 2014 rok.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *