mir1

W krainie mirabelki cz. I

Tydzień Francuski

Lotaryngia, Francja, kwiecień 2008 rok
Aż nie chce się wierzyć, że podróż pociągiem z Paryża do Lotaryngii jeszcze do niedawna trwała około trzech godzin. Dzisiaj, dzięki mknącej z prędkością 350 km/h kolejce TGV, czas skraca się do 82 minut. Siedzę więc w wygodnym, pluszowym fotelu i spoglądam w okno, za którym widoki zmieniają się w zastraszającym tempie. Płaskie tereny, otaczające Paryż, ustępują miejsca delikatnym pagórkom, wiejskiej zabudowie i sadom owocowym. Pociąg nie zwalnia, nie przyspiesza. Jedzie równo, zatrzymując się tylko na stacjach docelowych. Obok mnie siedzi biznesmen i sprawdza swoją pocztę mailową. Internet w wagonach to przecież rzecz normalna i oczywista. Paryż już dawno zostawiłam daleko za sobą. Wsłuchana w cichy szmer sunącego gładko pociągu, myślę o Lotaryngii, skąpanej w kwitnących kwiatach mirabelki.

mir1

Widok na Katedrę St-Etienne, Metz 2008 rok.

Spacerkiem przez Metz
Stolicą regionu Lotaryngii jest Metz, miasto cieszące się opinią ośrodka przemysłowego i wojskowego, które na nowo przeżywa swój rozkwit w związku z budowaną tu akurat filią paryskiego Centrum Pompidou. Jadąc taksówką do hotelu mam idealną okazję, aby przyjrzeć się tutejszej architekturze. Szerokie ulice wysadzane są po bokach wysokimi, starymi drzewami, za którymi pysznią się imponujące kamienice i wolno stojące wille. Przestronne place zastawione są samochodami, a w mijanych parkach dostrzegam pozostałości budowli z czasów rzymskich. Kierowca co chwila odwraca do mnie głowę i mówi coś po francusku, głuchy na fakt, że nie władam jego rodzimym językiem i notorycznie proszę o przejście na angielski, ewentualnie polski, jeśli zna. Zaistniała sytuacja tylko potwierdza znany już od lat fakt, że Francuzi do dnia dzisiejszego są święcie przekonani, że to właśnie ich język jest językiem Europy i każdy, dosłownie każdy, powinien go znać.
Spacer po mieście rozpoczynam od obejrzenia, znajdujących się tuż obok hotelu, na Place de la Comedie, osiemnastowiecznych budynków Teatru i Opery. Jeśli wierzyć tutejszym tablicom informacyjnym jest to najstarszy, ciągle działający teatr we Francji. Wybudowany nad rzeką Mozellą (Mosell) stoi frontem do starego miasta. Przechodząc na drugą stronę ulicy zatrzymuję się na moście, z którego roztacza się zachwycający widok: wybudowane nad brzegiem rzeki kamienice stoją zatopione w jej wodach. Wąskie, brukowane uliczki prowadzą na główny plac. Wysadzany drzewami nadrzeczny bulwar ciągnie się na tyłach parku. A nad tym wszystkim góruje niczym olbrzym, majestatyczna, gotycka katedra.

mir2

Centrum miasta Metz, 2008 rok.

Dochodzi godzina dwunasta w południe. Po ulicach „włóczą się” prawie wyłącznie turyści. Większość kawiarni dopiero się otwiera. Kelnerzy wystawiają na zewnątrz stoliki i krzesła. W lokalach już otwartych, miejsca są zajęte. Aromat kawy miesza się tu z różnorodnym zapachem serów, a odgłos łamanej, chrupiącej bagietki miło drażni uszy. Na lunch miejscowi nie chodzą jednak do kawiarni, lecz pod zadaszony bazar – Market Hall, znajdujący się tuż obok katedry. Niegdyś, w tym wybudowanym w kształcie podkowy, eleganckim pałacu mieściła się siedziba biskupa. Obecnie miejsce to zaadoptowały stragany, sklepiki i bary. Siadam na wysokim barowym taborecie przy wąskiej ladzie. Ślinka sama napływa mi do ust na widok ogromnej kanapki ze świeżej bagietki z francuskim serem, cienkimi plastrami surowej szynki i kawałkami suszonych pomidorów, oblanych oliwą z oliwek. Do tego zamawiam obowiązkowy kieliszek lokalnego, mirabelkowego wina. Złotawy kolor, oleista konsystencja i owocowa słodycz. Czemu w Warszawie nie ma takich garkuchni? A wszystko na dodatek w bardzo przystępnych cenach, nie czyniących dużego uszczerbku w portfelu.
Po sutym lunchu ruszam w stronę Katedry St-Etienne, na starym mieście, która wprawia w zadumę każdego, kto widzi ją po raz pierwszy. Trudno ją przegapić! Jej ogrom (ponad 42 metry wysokości) i gotycka architektura sprawiają, że czuję się maleńka i bezradna wobec „bożej” potęgi. Budowano ją w latach 1220 – 1522, czyli przez prawie trzy stulecia. Na szczególną uwagę zasługuje tu nie tylko wspaniałe, gotyckie wnętrze, ale przede wszystkim niezwykłe, barwne witraże, wstawione w miejsce okien – około 6,5 tys. metrów kwadratowych. Coś absolutnie niesamowitego. Są to największe na świecie witraże autorstwa znamienitych artystów, takich jak: Herman de Munster, Theobald de Lixheim, Valentin Bousch czy wreszcie Marc Chagall. Jak zapewnia mnie sympatyczna zakonnica, katedra w Metz to najstarszy kościół we Francji. No proszę, najpierw najstarszy działający teatr a teraz kościół…
Spacerując po Metz spoglądam od czasu do czasu pod nogi, gdyż na chodnikach umieszczono miedziane strzałki, wyznaczające kierunek zwiedzania i typ trasy, jaką się podąża. Tras jest pięć, między innymi: szlakiem zabytków architektonicznych, najwspanialszych parków czy budowli z czasów rzymskich. Co kto lubi.
Metz jest szalenie zielonym miastem, którego łączna liczba parków, skwerów i plantów zajmuje powierzchnię ponad 470 hektarów. W letnie wieczory organizowane są w nich koncerty i przedstawienia teatralne. I właśnie przy plantach, niedaleko budynków byłego Arsenału, znajdują się pochodzące z IV w. ruiny starej rzymskiej palestry, przebudowanej w VII w. na kościół. Między X a XV w. budynek ponownie przebudowano i cztery wieki później włączono w skład zabudowy militarnej Arsenału. Dzisiaj stanowi on część kompleksu kulturalnego, w skład którego wchodzi m.in. przebudowany w XX w. przez Ricardo Bofill’a Arsenał – dzisiejsze miejsce spotkań i sala koncertowa.
Jest późne popołudnie a ja znowu wędruję wąskimi ulicami starego miasta, mijając po drodze ukryte wśród zieleni pozostałości budowli z czasów rzymskich, takie jak pochodząca z III w. Brama Serpenoise. Docieram na place R. Mondon. Tu charakter miasta ulega zmianie. Typowo francuska zabudowa ustępuje miejsca niemieckiemu usystematyzowanemu ładowi. Bogato zdobione, XIX – wieczne kamienice i szerokie ulice wysadzane po bokach szpalerami drzew, prowadzą prosto w kierunku place du Gal de Gaulle i na dworzec kolejowy. Ten, zaskakujący swym wyglądem, budynek wznieśli pod koniec XIX w. Niemcy, sprawujący wówczas władzę na terenach Lotaryngii. Dworzec kolejowy łączy w sobie różne style, od renesansowego i klasycznego po romański, gotycki, barokowy i art deco. Główny holl, w zimnych marmurach i bogatej ornamentyce, przypomina na pierwszy rzut oka pałacowe wnętrze. I o uzyskanie takiego efektu chodziło właśnie ówczesnym architektom. Koniec XIX i początek XX wieku był w Europie bardzo burzliwy, a niemieccy żołnierze właśnie z tego dworca wyruszali ku swojemu wojskowemu przeznaczeniu. Czekając na pociąg w pięknym holu, zapominali na moment o trudach i ryzyku wojskowego życia. Nie widzieli również żołnierzy wracających z placu boju, gdyż ranni i kalecy wyprowadzani byli z peronu przez specjalne, odizolowane od reszty dworca, wyjścia.
Podążając dalej dochodzę do największej dumy mieszkańców Metz – będącej już na ukończeniu filii Centrum Pompidou, której uroczyste otwarcie przewidziano na 2010 rok. Wielbicieli sztuki współczesnej powinien zadowolić już sam wygląd nowego Centrum Pompidou–Metz: trzy ogromne tuby–galerie, przykryte lekkim jak piórko dachem, wzorowanym na japońskim kapeluszu. Niczym nie ograniczona przestrzeń, a ogromny ogród i morze zieleni tworzą wspólną całość z wystawowym budynkiem.
Pełna wrażeń wracam do hotelu. Nawet nocny spacer po Metz, to czysta przyjemność. Katedra, główne place, kościoły, kamienice, parki i fontanny są wspaniale oświetlone. Nic więc dziwnego, że w 2007 roku  metropolia ta uzyskała tytuł „miasta świateł”.

Z wizytą u króla Stasia
Wystarczy wyjechać kilka kilometrów za miasto, by znaleźć się w królestwie mirabelki. Jak okiem sięgnąć wszędzie rosną drzewka owocowe. Wiosną wspaniale ukwiecone, zachwycają kolorem i zapachem, latem dają cień na chwilę odpoczynku, by później, obsypane żółtymi, małymi śliweczkami, stanowić obietnicę wspaniałych przetworów i win. Co roku, w sierpniu, odbywa się w Metz Festiwal Mirabelki, na który ściągają ze wszystkich stron nie tylko turyści, ale i przedsiębiorcy, wystawiający na sprzedaż swoje mirabelkowe specjały.
mir3

Wino z mirabelek? Tylko w Lotaryngii, 2008 rok.

Jadąc do Commercy – miasteczka znanego przede wszystkim z fabryki ciasteczek „magdalenek” i pozostałości pałacu króla Stanisława Leszczyńskiego, zatrzymuję się w niewielkiej winiarni L’Aumoniere. Być w Lotaryngii i nie kupić miejscowego, mirabelkowego wina, to przecież grzech! Niespiesznie degustuję kolejne odmiany: białe, czerwone, różowe, wytrawne, półwytrawne i słodkie. Przegryzając kolejne smaki suchą bagietką, maczaną w oliwie, dochodzę wreszcie do … szampana z mirabelek. No cóż, w życiu trzeba spróbować wszystkiego. I jak? Szczerze mówiąc bez większej ekscytacji. Podobny napitek wyszedł kiedyś mojej cioci, której, w gustownej ziemiance, sfermentowała beczułka z winem. Nomen omen z rodzimych, polski mirabelek.

mir4

Firmowa kawiarenka z magdalenkami, Commercy 2008r.

Nie mogę się już doczekać. Pachnące masłem i niepokojącą słodyczą, malutkie, puszyste, o złocistym kolorze z charakterystycznymi wgłębieniami, przypominającymi żłobienia muszli. Ubóstwiam je i aż się boję, co pomyśli sobie o mnie sprzedawczyni, gdy zamówię kolejną porcję. „Magdalenki” narodziły się w XVIII w. we francuskim miasteczku Commercy. Bardzo szybko podbiły serca mieszkańców Francji, a z biegiem czasu całej Europy. W ich powstaniu „maczał” palce polski król, Stanisław Leszczyński. Jeśli wierzyć historii, to po raz pierwszy upiekła je, na życzenie naszego króla, młoda pokojówka o imieniu Magdalena. Ciasteczka okazały się tak wspaniałe w smaku, że król Stanisław podarował je w prezencie swojej córce, Marii Leszczyńskiej, żonie króla Francji, Ludwika XV, i od tego momentu  na dobre zagościły na wersalskich salonach. Dzisiaj, tych malutkich pyszności można skosztować w firmowej kawiarence, mieszczącej się przy fabryce „magdalenek” na głównym placu Commercy. Nigdzie nie smakują one tak wspaniale, szczególnie w zestawieniu z gorącą czekoladą lub małym ekspresso. Jeszcze tylko jedna porcja i zaraz ruszam dalej. Na tym samym placu, idąc w stronę pałacu Stanisława, znajduje się zabytkowa, ale nadal działająca, Pharmacie Ecole de Nancy z 1907 r. Zaglądam do niej przede wszystkim ze względu na wspaniały wystrój w stylu Art Nouveau.
Po imponującym pałacu Stanisława Leszczyńskiego zachowała się do dnia dzisiejszego jedynie przednia jego fasada. Chateau Stanislas przebudowano w XVIII w. z, pochodzącego z XIV w. i chylącego się ku ruinie, zamku. Chlubą wygodnego i stylowego pałacu był wspaniały ogród, z systemem jezior i kanałów wodnych, zamknięty pałacem śniadaniowym, który został zniszczony w 1766 r. Cały pałac strawił zaś ogień podczas działań wojennych w 1944 r. Dzisiaj w odbudowanych pałacowych murach mieści się ratusz miejski.
C.D.N

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *