Casablanka otwarcie

Podróże w kadrze zamknięte Część I

Prawie każdy kinoman pamięta ostatnie minuty filmu „Casablanca”. Lotnisko otulone mleczną, gęstą mgłą, piękna kobieta wsiadająca do samolotu, hitlerowcy ścigający członka ruchu oporu, dzielny Amerykanin i pomagający mu francuski prefekt. Ostatnie sekundy filmu i zdanie, które na wieki przeszło już do historii kinematografii: „To może być początek pięknej przyjaźni.”
Bardzo często oglądając filmy, szczególnie romantyczne komedie, zastanawiam się, jak miło byłoby pojechać w podróż do Casablanki, Rzymu czy Paryża śladem ulubionych bohaterów szklanego ekranu. Przesiąknięta zmysłową miłością, gorącym uczuciem, szaloną przygodą i pięknymi krajobrazami jestem w stanie w ciągu pięciu minut spakować walizki i ruszyć w świat. Cóż z tego, że piramidy nie są już tak tajemnicze, jak w filmie ”Mumia”, cóż, że zwiedzając Bogotę nie będę polowała na ogromnego krokodyla, który bezczelnie zżarł mój ogromny szmaragd, tak jak miało to miejsce w przezabawnej komedii przygodowej „Miłość, szmaragd i krokodyl”? Nie jestem ani Kathleen Turner, ani Rachel Weisz, mam jednak prawo, jak każdy z nas, na odrobinę filmowej ekstrawagancji.
Maroko
Afryka od zawsze fascynowała pisarzy, malarzy i reżyserów filmowych. Świat artystycznej bohemy bezgranicznie zatracał się w poszczególnych krajach tego kontynentu, a odmienność   kultury, historii i religii tylko sprzyjała tej niezwykłej miłości. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się miasta i malownicze zakątki Maroka. Zwłaszcza Tanger i Casablanca przyciągały artystów z całego świata. Egzotyczny wizerunek Tangeru przetrwał do dnia dzisiejszego m.in. dzięki wspaniałym obrazom i rysunkom autorstwa Eugene’a Delacroix’a, który stworzył je w pierwszej połowie XIX w. Przedstawione przez niego obrazki z codziennego życia marokańskiego miasta, zachwycają do dziś nie tylko pewnością pędzla, ale przede wszystkim magią wąskich uliczek i gwarnych targowisk. Sam malarz o swojej podróży do Maroka pisał: „Wszystko wokół jest tak malownicze. Na każdym kroku widuje się gotowe obrazy, które dwudziestu pokoleniom malarzy przyniosłyby bogactwo i sławę.” Inny, równie wybitny malarz, Henri Matisse, który przybył do Maroka wraz z żoną, Amelią, w 1921 r. miał spędzić tu zaledwie kilka tygodni. W efekcie tak rozmiłował się w intensywności kolorów marokańskiej przyrody, że tylko nad jednym płótnem Park w Tangerze pracował ponad miesiąc. Do Maroka powracał jeszcze parokrotnie, tłumacząc, że podróże do tego kraju pozwoliły mu na odnowienie kontaktu z naturą. W 1946 r. do Tangeru przybył znany pisarz, dwudziestosześcioletni wówczas Truman Capote, autor niezapomnianego „Śniadania u Tiffaniego”. O głównych atrakcjach miasta mówił: „W zasadzie każdy mieszkaniec Tangeru zaszywa się tutaj, jeśli nie ze wszystkich, to przynajmniej z jednego z czterech powodów: dla dostępności narkotyków, wyuzdanych nastoletnich prostytutek, luk podatkowych albo dlatego, iż żadne miejsce na północ od Port Saidu nie pozwoliłoby mu opuścić ani lotniska, ani portu.” Dzisiaj po dawnej libertyńskiej atmosferze, panującej w Tangerze, nie ma już śladu. W 1956 r., sześć miesięcy po odzyskaniu przez Maroko niepodległości, nowe władze anulowały międzynarodowy status miasta i zamieniły „miasto rozkoszy”, dorównujące niegdyś popularnością francuskiemu Cannes, na szybko rozwijający się port. Tanger, w którym bywali Tennessee Williams, Cecil Beaton czy Paul Bowles już nie istnieje. Jedną z nielicznych „pamiątek” szalonych lat pierwszej połowy XX w. są opowieści snute przez lokalnych przewodników. Do najbardziej ulubionych należą anegdoty o głośnych przyjęciach urządzanych przez Barbarę Hutton, dziedziczkę fortuny Woolwortha, która mieszkała w Tangerze aż do swojej śmierci. Jej nieistniejąca już niestety posiadłość, zachwycała wszystkich. Ulokowana w niezwykle zatłoczonej części mediny, otoczona była małymi, marokańskimi domkami. Willa dziedziczki przypominała pałac z baśni z tysiąca i jednej nocy, z labiryntem klatek schodowych, pokoi, półpięter i tarasów.
Casablanka środek
Dla większości z nas Casablanka, jedno z największych miast współczesnej Afryki, na zawsze pozostanie przede wszystkim scenerią niezapomnianego melodramatu. Licznie odwiedzający miasto turyści proszą przewodników, aby pokazali im najsławniejszy w Afryce bar „Rick’s Cafe Americain”. Miejsce spotkań spekulantów, hazardzistów, miejscowych prominentów i uciekinierów z ogarniętej wojną Europy. To właśnie tutaj Humphrey Bogart jako Rick, na widok swoje dawnej ukochanej, Elzy, granej przez niezapomnianą Ingrid Bergman, wypowiedział kolejne już kultowe zdanie „Ze wszystkich barów ty musiałaś wybrać akurat mój.” Wielkim szokiem okazuje się więc informacja, że miasto, które swą sławę zawdzięcza przede wszystkim filmowi „Casablanca” w reżyserii Michaela Curtiza z 1942 r., w rzeczywistości nie ma z nim nic wspólnego. Co gorsza, w promieniu tysiąca kilometrów nie nakręcono ani jednej sceny, nie mówiąc już o tym, że oprócz wypisanej na ścianie mediny nazwy „Rick’s Cafe”, nie ma tu takiego lokalu. A jednak mimo, że nie padł tu żaden klaps filmu, w wyobraźni wielu Casablanka na zawsze pozostanie tą Casablanką, podobnie, jak Humphrey Bogart pozostanie mężczyzną w trenczu, kapeluszu i z papierosem w ustach.
Rzym
Mówi się, że pomiędzy Rzymem a filmowcami wybuchła miłość od pierwszego wejrzenia. Place, ulice, stragany, kawiarnie i mieszkańcy miasta stanowią sami w sobie gotową scenerię filmową. Wystarczy znaleźć dobrego reżysera i dwie gwiazdy, a scenariusz pojawi się sam. Szczypta ciężkiej pracy, a Wieczne Miasto zrobi już całą resztę. Wydaje mi się, że mogę zaryzykować stwierdzenie, że tak właśnie było w przypadku filmu Roberto Rosselliniego, „Rzym, miasto otwarte” z 1945 r. Genialny reżyser, fantastyczni aktorzy, czyli Anna Magnani i Marcello Pagliero, ulice Rzymu i ich naturalni mieszkańcy. Może właśnie dzięki temu film nabrał paradokumentalnego charakteru, a nieznane twarze, autentyczne miejsca i szokujące epizody na trwałe pozostają w naszej pamięci?
Rzym

Forum Romanum, Rzym 2007 rok

Towarzyszący Rosselliniemu przy pracy Federico Fellini, tak podsumował nakręcony film „Odkryliśmy nasz własny kraj … mogliśmy swobodnie się rozglądać, a rzeczywistość wydawała się tak niezwykła, że obserwowaliśmy ją i rejestrowaliśmy w kadrze zdumionymi, nieskażonymi oczami”.
Rzym … Wieczne Miasto … doskonałe tło dla niezapomnianych filmów. Takich na przykład, jak „Rzymskie wakacje” z 1953 r. Niezwykle romantyczna historia, która okazała się być trampoliną do sławy dla młodziutkiej i bajecznie zjawiskowej Audrey Hepburn. Przyznać muszę, że do dnia dzisiejszego uważam tę komedię za jedną z najlepszych, jakie dane mi było oglądać. Odwiedzając Rzym staram się chociaż jeden dzień spędzić na „podróży” śladami zbuntowanej księżniczki i cynicznego dziennikarza, Joe Bradley’a, granego przez zniewalająco przystojnego, Gregory Peck’a. Nie korzystam jednak, tak jak oni, ze skutera, gdyż przeraża mnie rzymski sposób jazdy. Oglądam oczywiście Forum Romanum, na tle którego młodzi bohaterowie spotykają się po raz pierwszy. Schody Hiszpańskie, na których zajadają się wspaniałymi, włoskimi gelato. Usta Prawdy, znajdujące się w pobliżu kościoła Santa Maria in Cosmedin. Jeśli wierzyć starym legendom każda osoba, która włoży dłoń w Usta i złoży fałszywe świadectwo, nie będzie mogła już nigdy jej stamtąd wysunąć. Podczas szalonej jazdy skuterem bohaterowie mijają m.in. pomnik Wiktora Emanuela, Koloseum, Łuk Konstantyna, Kolumnę Trajana i Panteon. Podążając ich śladami nie wolno zapomnieć również o Fontannie di Trevi, w pobliżu której, w niewielkim zakładzie fryzjerskim księżniczka obcięła włosy. Fontanna di Trevi zdecydowanie efektowniej prezentuje się jednak w genialnym filmie Federico Fellini’ego „La dolce Vita”, czyli „Słodkie życie”. Scena z udziałem Anity Ekberg, piękności, która zmysłowo porusza się w strugach wody, uczyniła z niej międzynarodowy symbol seksu. Historia reportera – playboya, wałęsającego się po mieście w poszukiwaniu towarzyskich ploteczek, jest nie tylko krytyką bezsensownego życia, ale również podróżą po wspaniałym mieście, które nigdy nie śpi. Fellini w swoich filmach bardzo lubił ironizować z mieszkańców stolicy Włoch. Często w wywiadach mówił: „Rzymianin jest jak groteskowe, przerośnięte dziecko, odczuwające satysfakcję z ciągłych klapsów, otrzymywanych od papieża”.  C.D.N.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *