india-map4

Szybki zysk, mała strata?

INDIE / SRI LANKA
Ach te zabytki! I ta kultura, te kolory, zapachy, no i oczywiście jedzenie…” „Syf, brud i smród. Jak ci ludzie mogą tam żyć? Coś okropnego…” Z podróży po Indiach każdy wraca z innym bagażem doświadczeń i obserwacji. Jedni są zakochani w zachodach słońca w Jainpurze, inni marszczą nosy na samo wspomnienie zatłoczonych ulic Delhi czy Mumbaju. Jednak zarówno jedni, jak i drudzy nie przestają wspominać tego kraju. Dzisiaj nie będę pisać o podróżach szczęśliwych i bajecznie kolorowych. Dzisiaj zapraszam w podróż do najciemniejszych zakamarków indyjskiego półświatka, zajmującego się handlem organami.
Jeśli wierzyć współczesnym mediom, to nigdzie na świecie, z wyjątkiem może Chin oraz nie zgromadzonych w jednym miejscu uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, nie dostaniemy w tak krótkim czasie ludzkich organów „zamiennych”, jak właśnie w Indiach. Na dodatek to tylko tutaj, pośrednicząc w nielegalnym handlu narządami, w tak szybkim tempie można z biednego człowieka przeobrazić się w całkiem majętnego krezusa.
Vikas kilka lat temu porzucił szkołę na rzecz pracy na farmie swojego ojca. Szybko jednak zorientował się, że idąc śladami rodzica nie dorobi się żadnych pieniędzy. Zaczął więc szukać dodatkowego zajęcia. Dzisiaj, ten dwudziestoparoletni młodzieniec, może sobie pozwolić na luksusowy apartament, super szybki samochód i dostatnie życie. A wszystko dzięki, wartemu w sumie kilkadziesiąt miliardów dolarów, czarnemu rynkowi handlu organami. „Jeśli masz pieniądze, to po miesiącu odeślę cię do domu z nową nerką lub innym organem, za który mi zapłacisz” – to jego hasło reklamowe, skierowane do „potrzebujących”. A znalezienie dawcy w Indiach nie stanowi najmniejszego problemu. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, w Azji Południowej od kilku już lat rozwija się rynek turystyki przeszczepowej. Rokrocznie ponad dwa tysiące mieszkańców Indii sprzedaje, głównie cudzoziemcom, swoje nerki. To są dane zebrane przez organizacje non-profit, a jaka jest rzeczywista liczba, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że wielu „potrzebujących” i przybywających po nerki pochodzi z Kanady, Izraela, Wielkiej Brytanii, Arabii Saudyjskiej czy Bahrainu. Nie wolno jednak lekceważyć również lokalnych „potrzebujących”, których liczba z każdym rokiem wzrasta coraz bardziej.
Dzisiejsze realia nie sprzyjają poprawnemu rozwojowi i zdrowiu naszych organizmów. Zanieczyszczenia, narastający stres w pracy, wysokie ciśnienie, na które zapadają coraz młodsi ludzie, to wszystko sprawia, że stajemy się coraz słabsi, a nasze narządy szybko się dewaluują. Przeszczepów potrzebują starzy i młodzi. Kolejki są długie i na odpowiedniego dawcę trzeba czekać kilka lat. Czy patrząc na bezradność i cierpienie naszych bliskich nie jesteśmy w stanie sięgnąć po każde dostępne rozwiązanie? Nawet to nielegalne? Skoro gdzieś daleko w świecie, jakiś człowiek sam chce sprzedać swój organ, czy jest w tym coś złego? Jest w tym coś bezdusznego i godnego potępienia? Czemu nie skorzystać z okazji?
„Okazja”, w 99 procentach na sto, to człowiek w potrzebie nie zdrowotnej lecz finansowej. Nie ma na jedzenie dla rodziny, popadł w długi, został porwany lub uwierzył, że za zarobione pieniądze otworzy własny biznes i dorobi się milionów. Nikt, kogo sytuacja do tego nie zmusza, nie sprzedaje swojej nerki. W większości przypadków „okazje” pochodzą z niższych warstw społecznych, i, postawione pod ścianą w obliczu szarej codzienności, często pytają, czy mogą sprzedać obie nerki.
Coraz większą rolę w nielegalnym handlu organami odgrywają media społecznościowe. To tu, jeśli się odpowiednio szuka, można znaleźć interesujące ogłoszenia handlowe. „Dobrze mieć w zanadrzu jakąś młodą, ładną asystentkę. Takim dziewczynom klienci szybciej wierzą.” Vikas ma na portalach społecznościowych kilka profilów, które zmienia co pięć – sześć tygodni, podobnie, jak numery komórek. „Ważne jest zaufanie. Zanim przejdziemy do transakcji muszę być pewny, że to nie jest pułapka.” „Okazjami” są głównie młodzi, zdrowi, nie palący mężczyźni, w wieku dwudziestu, trzydziestu lat. Są niezależni, samowystarczalni i mogą samodzielnie podróżować. A element podróży jest coraz częściej kluczowy, gdyż indyjskie służby śledcze, w ciągu kilku ostatnich lat, dokonały wielu udanych nalotów na nielegalnie działające placówki medyczne, zajmujące się tym nielegalnym procederem. W wyniku tych zajść pojawiło się wiele prywatnych szpitali m.in. na Sri Lance czy w Iraku, jedynym kraju na świecie, w którym handel organami jest legalny. „Okazje” z paszportami dostają dodatkowe bonusy, gdyż w ciągu kilku godzin mogą stawić się na lotnisku.
Drogą mailową ustalane są wszystkie fakty. Badania krwi zlecane są prywatnym laboratoriom w Indiach. Jeśli wszystko pasuje, „okazja” trafia z pośrednikiem do „potrzebującego”.
Jeśli „okazja” jest osobą bez wykształcenia, z prowincji, z biednej rodziny, Vikas spotyka się z nią najczęściej na dworcu kolejowym w New Delhi i razem ruszają ku przeznaczeniu. Jego rola kończy się w momencie odstawienia „okazji” do hotelu lub pensjonatu, w którym, w recepcji, czeka na niego suto wypełniona koperta. Jeśli „okazja” jest obyta ze światem z punktu A do punktu B podróżuje sama. Vikas spotyka się z nią tylko raz, w gwarnym miejscu, aby przekazać bilet i adres hotelu. Pieniądze przelewem trafiają na jedno z wielu kont. „Nigdy więcej nie widzę tych ludzi i nic mnie nie interesuje.”
Jeszcze trzy lata temu, na swojej pierwszej transakcji, Vikas zarobił 380 dolarów, czyli 25.000 rupii. Dzisiaj za swoje pośrednictwo bierze od 757 do 1.200 dolarów, czyli od 50.000 do 80.000 rupii. Sama „okazja”, jeśli posiada paszport, dostaje około 6.000 dolarów, czyli 400.000 rupii, a jeśli nie posiada takowego – 4.500 dolarów, czyli 300.000 rupii. Cała kwota zostaje jej wypłacona na dwa dni przed operacją. A to dopiero początek płatności. Prywatne szpitale, zarabiające na nielegalnym handlu organami, muszą jeszcze opłacić celników, którzy nie zadają zbędnych pytań o cel wizyty i lekarzy, wykonujących operację.
Wiele prywatnych szpitali na Sri Lance coraz częściej dopuszcza możliwość przyjęcia „potrzebującego” wraz z jego „okazją” bez udziału pośredników. Jeśli sam sobie znajdziesz „okazję”, to więcej pieniędzy zostanie w portfelu. Czysty zysk. Warunek jest tylko jeden; zarówno „potrzebujący” jak i „okazja” muszą pochodzić z tego samego kraju.
Coraz więcej prywatnych szpitali na Sri Lance zaczyna też rezygnować w ogóle z roli pośredników, oferując „potrzebującym” gotowe pakiety w cenie od 53 do 122 tys. dolarów, zawierające opłaty szpitalne, lekarzy, opłatę dla „okazji”, przelot i pobyt na miejscu. Oczywiście można znacznie zejść z kosztów, jeśli „okazję” upoluje się na przykład we Wschodnim Bangladeszu. Koszt całej operacji to wtedy około 25 tys., ale ryzyko zbyt duże. „A co, jeśli tam pojadę i sam zostanę „okazją”. W tamte rejony wolę się nie zapuszczać.” – tłumaczy Vikas.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *