Nocny bazarek w hinduskiej dzielnicy, Kuala Lumpur 2013r.

Kolory Malezji – Babski świat

MALEZJA 2013 rok

Od kilku minut stoję na środku niewielkiego stoiska z chustami na głowę i pomagam Ance dobrać odpowiedni kolor i fason. Może czerwona z maleńkim daszkiem osłaniającym czoło? A może różowa w haftowane kwiaty,  szczelnie okalająca cały owal buzi? Może jednak turkusowa z cekinami i mieniącymi się kryształkami, z których wykonany jest kwiatowy wzór ozdabiający tył, spadającej na plecy, chusty? Którą wybrać? Sprzedawczyni cierpliwie podaje nam kolejne nakrycia głowy, które Anka pieczołowicie przymierza. Nikt nas nie ponagla, ani nie okazuje zniecierpliwienia. Malezyjki i muzułmanki, które raczej z ciekawości, niż chęci dokonania zakupu, zajrzały dziś na bazarowe stoisko, żywo gestykulują i starają się pomóc w wyborze. Rzadko się chyba zdarza, by dwie białaski chciały kupić tradycyjny element ich stroju. Uśmiechają się, komentują, a co bardziej odważne, łamaną angielszczyzną wypowiadają swoje zdanie. Wreszcie wybór zostaje dokonany, a Ania, ku radości sprzedawczyni, kupuje aż trzy chusty. Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie z przysłowiowym „misiem”, czyli Anką w chustce na głowie, w towarzystwie paru tutejszych kobiet. – Będziesz dzisiaj najbardziej popularną cudzoziemką na portalach społecznościowych  Malezji – uśmiecham się do przyjaciółki, która zaczyna dostawać coraz większych rumieńców pod wpływem prawionych jej  komplementów.

Nocny bazarek w hinduskiej dzielnicy, Kuala Lumpur 2013r.

Nocny bazarek w hinduskiej dzielnicy, Kuala Lumpur 2013r.

Coś, co na początku potraktowałyśmy jako prosty, ale oryginalny pomysł na zakup pamiątki z Malezji przerodziło się w poważne zakupy. Szybko bowiem okazało się, że sama chusta nie wystarczy. Trzeba do niej dokupić odpowiednią broszkę lub szpilkę, pozwalającą na upięcie jej pod brodą,  lub fikuśne zapięcie, umieszczane na czubku głowy.  Nie musiałyśmy iść daleko, bo tuż za przysłowiowym rogiem znalazło się kilka stoisk , oferujących mieniące się i błyszczące na wszystkie strony serduszka, łabądki, misiaczki, kwiatki i inne cudeńka.
Po zakupie chust i szpilek nie pozostało nam już nic innego, jak skompletowanie reszty stroju. W tym celu weszłyśmy do dużego sklepu z samymi tylko sukniami, które szybko okazały się być długimi spódnicami, do których zakłada się obszerne tuniki z wąskimi lub lekko rozkloszowanymi rękawami. – Z wyborem spódnicy nie będzie problemu – wszystkie są na gumkę – informuje nas młody sprzedawca – muzułmanin, który na potwierdzenie swych słów rozciąga spódnicę na całą długość swoich ramion. I jak mu nie wierzyć? Górę też się dopasuje, ale raczej metodą prób i błędów, bo sprzedawcy przez myśl nawet nie przechodzi, aby Ankę zmierzyć w klatce piersiowej lub talii. A tutejsza numeracja jest nam raczej nie znana. Po dobrej godzinie gimnastykowania się z różnymi fasonami w wąskiej i raczej prowizorycznej przymierzalni,  dokonałyśmy uszczęśliwiającego nas w pełni zakupu.
– Tylko popatrz, jakie piękne są te hinduskie stroje. Takie kolorowe…. – Anka ma rozmarzone spojrzenie, gdy spogląda na wystawy mijanych w drodze do hotelu hinduskich sklepów odzieżowych. Muszę przyznać jej rację. Lekkie i zwiewne sukienki bawełniane, bogato zdobione sari, majestatyczne szale i ciężkie od cekinów spódnice. I jak tu nie zwariować, gdy w portfelu zostało jeszcze kilka monet, a większość sklepów przyjmuje płatności kartą? – Chcesz wejść? – pytam niewinnie. Energicznie potakuje kiwnięciem głowy. Sumiasty sprzedawca zaprasza nas na pierwsze piętro, ale prosi o zdjęcie butów i wejście na bosaka. Pokornie zostawiamy sandałki na dole i po wyłożonych dywanem schodach wspinamy się na górę. A tu, wśród męskich i damskich strojów, personel sklepu biesiaduje w najlepsze przy kolacji. Siedzą w kole, na pokrytej dywanami podłodze, przed nimi rozstawione są pojemniki i siateczki z jedzeniem, kupionym pewnie kilka chwil temu na ulicznych straganach. Za sztućce służą im ich własne ręce, którymi zgrabnie operują, nakładając do buzi ryż, warzywa i zatopione w sosach mięsiwa. Czasem wspomagają się oderwanymi kawałkami pachnącego nana. Nie zwracają na nas uwagi, a my spacerujemy niespiesznie wśród kolorowych tkanin. Wszystko co wzbudzi nasz zachwyt lub zainteresowanie zostaje natychmiast zaniesione do przymierzalni. Szybko okazuje się, że sukienki sprzedaje się z wąskimi u dołu i szerokimi u góry spodniami, a spódnice z krótkimi bluzeczkami. Do tego zawsze i bezapelacyjnie dodaje się długi szal. – Jeśli łydka się zmieści to z górą spodni nie będzie problemu, bo jest bardzo szeroka. Taki rozmiar uniwersalny – śmieje się sprzedawczyni i dodaje po chwili – z rozmiarem nie ma w ogóle problemu, bo cały strój od początku jesteśmy w stanie uszyć w kilka godzin. Wystarczy wybrać model. Dzięki tej informacji już wiem, że zwykła wymówka typu: to nie mój rozmiar, tutaj nie pomoże. Po wielu przymiarkach Anka decyduje się wreszcie na zieloną sukienkę z czerwonymi wykończeniami. Do tego czerwone spodnie, w które u góry mieścimy się obydwie, a w łydkach z trudem pojedynczo, oraz bogato haftowany, zdobiony cekinami szal. Całkiem niezłe zakupy, jak na kilka godzin chodzenia.
A oto moja przyjaciółka Ania w strojach kupionych w Kuala Lumpur 😉
Ania w wersji muzułmańskiej 😉

Ania w wersji muzułmańskiej 😉

A tu w hinduskiej :)

A tu w hinduskiej :)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *