DSC_0503

Kolory Malezji – Bajeczna Melaka i herbaciane wzgórza

MALEZJA 2013 rok
W Melaka, dokąd udajemy się następnego dnia, nie ma czym oddychać. Po opuszczeniu wygodnego autokaru linii Sri Maju z klimatyzacją, czuję się jak ryba wyciągnięta z wody na pustynny brzeg. Kobieta – taksówkarz zdecydowanym ruchem zabiera nasze plecaki i stawia na przednim siedzeniu, nie dając nam możliwości wyboru miejsca. Samochód także prowadzi zdecydowanie, dzięki czemu już po kilku minutach docieramy pod hotel, na obrzeżach „starego miasta”. I znowu zapadają ciemności, gdy po raz pierwszy wyruszamy na spacer. Jest sobota i wąskie uliczki zamieniają się w nocny bazar. Stoiska z jedzeniem i piciem rozmieszczone są obok kramów z wachlarzami, ceramicznymi pierdułkami, koszulkami i innymi „niezbędnymi” do życia przedmiotami. Na maleńkim placyku, u zbiegu dwóch głównych ulic, ustawiono scenę, na której odbywa się koncert karaoke. Większość uczestników zabawy stanowią Chińczycy, którzy korpulentnemu wodzirejowi ze złotym zębem, płacą odpowiednią sumę, losują numer piosenki, wchodzą na scenę i śpiewają. Jedni lepiej, inni gorzej, ale nie o to przecież chodzi, bo widownia, niezależnie od poziomu wykonawcy, jest zadowolona z występu. W Melace spędzamy trzy dni. Włóczymy się niespiesznie wąskimi uliczkami, zaglądamy do antykwariatów, zapalamy kadzidła w świątyniach, pływamy stateczkiem po kanale i podziwiamy kolorowe grafity, zdobiące nadbrzeżne elewacje.

DSC_0514

Smok z Malaki – listopad 2013 r.

DSC_0583

Uliczka nad kanałem – Malaka

DSC_0621

Czy tu na pewno zaglądają turyści?

DSC_0648

Fasady domków nad kanałem w Malaka, to galeria obrazów na świeżym powietrzu.

Czas mija jednak nieubłaganie i już siedzimy w autobusie do Ipoh. Krajobraz za oknem staje się powoli monotonny. Palmy, palmy, palmy, miasteczko, palmy, palmy, miasteczko. I tak przez ponad pięć godzin. W samym Ipoh nie ma zbyt wiele do oglądania, natomiast na jego obrzeżu znajdują się nie lada atrakcje. Najlepszym sposobem na ich zwiedzenie jest wynajęcie taksówki, ale wyruszyć należy z samego rana. Niestety o tej zasadzie dowiadujemy sie po fakcie. Naszą podróż zaczynamy późnym popołudniem od kompleksu kilku świątyń Perak Tong, następnie jedziemy do Cave Temples. Ostatnia grupa zwiedzających jaskinie wpuszczona zostaje o godzinie 15.00 więc jedyne, co nam zostaje do zobaczenia, to bramy wejściowe. Nasz hinduski kierowca zaczyna popadać w lekką depresję, gdy okazuje się, że kolejna atrakcja – Kellie’s Castle jest również już zamknięta. Do miasta wracamy nocą, bogatsi o wiedzę na temat rosnących przy drogach drzew i krzewów, o których cały czas opowiada nam hinduski kierowca. W brzuchu zaczyna nam coraz głośniej burczeć, bo w ferworze zwiedzania zapomnieliśmy o obiedzie. Ale zanim dana nam będzie możliwość zaspokojenia głodu, pięć razy oglądamy tutejszy dworzec kolejowy. Ten zabytek, w przeciwieństwie do poprzednich, jest otwarty, a naszemu kierowcy w pomarańczowym turbanie bardzo zależy, abyśmy coś wreszcie zobaczyli. Za szóstym razem zatrzymujemy się przed wejściem. – Wyjdźcie i go zobaczcie. Jest piękny – zapewnia z bladym uśmiechem na ustach. Nie mając innego wyboru, włóczymy się kilka chwil po peronach i wracamy do taksówki. Na ulicach jest pusto i ciemno. Restauracji, jak kot napłakał, a te do których zaglądamy, odstraszają zastygłymi resztkami. Zdeterminowani decydujemy się na chińską knajpkę ze stolikami rozstawionymi wprost na ulicy. Nasze pojawienie się wzbudza jednak wszechobecne zamieszanie i wyczuwalny popłoch. Kto obsłuży cudzoziemców? Kto ich zrozumie? Wreszcie do stolika podchodzi spłoszony chłopak. Chiken, beer?! To dwa słowa, które zna po angielsku, ale to i tak więcej, niż my po malajsku. Kiwamy energicznie głowami. Nie będziemy przecież wybrzydzać. Czas oczekiwania na posiłek urozmaicamy sobie oglądaniem, podobnie jak reszta klienteli, chińskiej telenoweli, lecącej w ustawionym na chodniku telewizorze. Akcja historycznej dramy toczy się powoli. Z jednej strony ekranu Ona jedzie konno do, znajdującego się z drugiej strony ekranu, mężczyzny. Jedzie i jedzie, a końca nie widać. Publika jest jednak zadowolona, bo żywo komentuje „toczącą się” akcję. Natomiast to, co dostajemy do jedzenia, rozpływa się w ustach. To najlepszy kurczak po tajsku, jakiego kiedykolwiek jadłam. Świeże warzywa, doskonale doprawione mięso w panierce, sypki ryż, a do tego ostro-słodki sos i duża butelka Tygera. W tych okolicznościach nawet Ipoh nie jest takie straszne.

DSC_0717

Jedna ze świątyń w okolicach Ipoh.

SONY DSC

Kolejna świątynia wykuta w skałach w okolicach Ipoh.

DSC_0742

Nasza taksówka, pod kolejnym, zamkniętym obiektem.

Z Ipoh do Cameron Highlands, malajskiej stolicy truskawek i herbaty, jedziemy dwie godziny. Autokar wspina się pod górę, wyżej i wyżej, krętą i wąską drogą. Widoki za oknem są zachwycające. Z minuty na minutę powietrze robi się coraz bardziej rześkie, a temperatura spada o kilka stopni. Nareszcie jest czym oddychać, a ubranie nie przykleja się do ciała. W Cameron Highlands, jeśli nie mamy zbyt wiele czasu, najlepszym pomysłem na zwiedzanie, jest wykupienie pakietu wycieczek. Lokalne biura podróży oferują szeroki wachlarz możliwości, od zwiedzania plantacji truskawek i pól herbacianych począwszy, po trekking po dżungli i kąpiel w wysokogórskim wodospadzie. Do wyboru do koloru. Na mnie jednak największe wrażenie robi wschód słońca wysoko w górach. Za plecami mam ścianę deszczowego lasu, w którym budzą się do życia ptaki i małpy, a przed oczami wzgórza pól herbacianych, skąpanych w złocistych promieniach wschodzącego słońca. Jest bardzo rześko. Skostniałe dłonie zaplatam wokół gorącego kubka z herbatą i z czystą przyjemnością przytulam się do Maćka. Chwilo trwaj….

SONY DSC

Poranek w lesie deszczowym ;)

Po wschodzie słońca w lesie deszczowym, udajemy się w kierunku wodospadu, w którym mamy plan popływać. Zanim jednak docieramy na miejsce, zatrzymujemy się w niewielkiej osadzie, w której mieszkają, jak zapewnia nas nasz przewodnik, prawdziwi Indianie. Tak, Indianie, którzy żyją z tego, co uda im się znaleźć i upolować w dżungli. Kilku chudych, niskich mężczyzn, ubranych w rybaczki, wykonuje wokół nas jakiś rytualny taniec, po czym, za dość sutą opłatą 10 $ od głowy, mamy możliwość postrzelania do celu z niebotycznie długich „fujarek”, wykonania rytualnego tańca wokół niewielkiego paleniska i zagrania na tubie, wypełnionej jakimiś nasionami. Odnoszę niejasne wrażenie, że to my jesteśmy atrakcją i to nam powinno się zapłacić za wykonywanie tych wszystkich czynności, które oczywiście wychodzą nam koszmarnie.

Obraz 072

Maćko i jego Indianin lub Indianin i jego Maćko :)

Wodospad jest raczej niewielki, bo ostatni deszcz spadł tutaj kilka tygodni temu, ale i tak ściągamy ciuchy i wskakujemy w orzeźwiający nurt rzeki. Niestety w tym samym momencie na pobliski parking podjeżdżają cztery autokary, z których wysypuje się malajska młodzież i koreańska wycieczka. Po dwudziestu minutach robi się nam zimno i nie mamy innego wyboru, jak tylko wyjść i przemaszerować w strojach kąpielowych przed odzianymi po uszy obserwatorami. Flesze błyskają, a my, jak spłoszeni celebryci, staramy się jak najszybciej dopaść naszych, porzuconych na kamieniach, ubrań. Może być jeszcze gorzej? No cóż, po wizycie na plantacji herbaty i truskawek, jesteśmy już lekko zmęczeni i głodni, ale Ania wymusza na naszym kierowcy zrealizowanie ostatniego punktu programu, czyli spaceru po dżungli. – Zapłaciliśmy za wszystko, to niech wszystko zrealizuje… Ok, w sumie ma rację. Na parkingu zostawiamy samochód, z którego zabieramy wszystkie nasze rzeczy i ruszamy ku przygodzie. Ania ma najwięcej klamotów, bo kupiła kilka pamiątek, które teraz, w plastikowych reklamówkach, majtają się jej wokół nóg. Pokonujemy pierwszą przeszkodę, a mianowicie zwalone drzewo na tyłach jakiegoś domu. Później jest tylko … gorzej. Nasz kierowca zakpił z nas sromotnie. Skoro biali chcą koniecznie mieć spacer, choć czas wycieczki już się skończył, to go dostaną. Skrajem dżungli, zarośniętą ścieżką, na tyłach domostw i restauracji, wzdłuż płotu okazałego pola golfowego, za ścianą hoteli i parkingów, poboczem drogi, po godzinie docieramy zmordowani do hotelu. Jak biały tak usilnie nalega, to dostanie wszystko, za co zapłacił…

DSC_0781

Miał być spacer po dżungli? To zobaczycie jej obrzeża…

SONY DSC

Cameron Highlands

DSC_0765

W „ogrodzie botanicznym” w Cameron Highlands są nie tylko kwiaty, ale również dodatkowe „plastikowe” atrakcje ;)

A tu więcej zdjęć z Malezji. Zapraszam

http://zgagatravel.pl/index.php/2015/11/03/wspomnienia-z-azji-cz-iii/

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *