DSC_0274

Hong Kong, miłość od pierwszego wejrzenia Cz.II

HONG KONG 2013r.  Czar minionego stulecia
Po kolonialnym Hong Kongu, podobnie, jak po tajemniczej Gizie pod Kairem, pozostały jedynie ulotne wspomnienia. Jednym z nich są wąskie, piętrowe tramwaje, jeżdżące po Hong Kong Island. Wąskimi, krętymi schodami wchodzimy na pięterko. Dwa rzędy krzeseł są zajęte, więc w sumie dobrze, że do przejechania mamy raptem trzy przystanki.

DSC_0053

Wyjątkowe tramwaje. Warto się przejechać.

Wśród wysokich drapaczy chmur, od czasu do czasu, można trafić na stare, maleńkie świątynie pokryte gontem. Są bogato zdobione płaskorzeźbami, mozaikami, imponują wspaniale udekorowanymi ołtarzami i czerwonymi drzwiami oraz okiennicami.. Tu ciągle ktoś przychodzi. Zapala kadzidła, składa ofiarę : czteropak piwa, owoce, kwiaty, pieniądze. O co proszą najczęściej Chińczycy? O szczęście! Jeśli ktoś dysponuje nadmiarem gotówki, może udać się do wróża, rezydującego w świątyni lub obstawić jakieś zakłady u bukmacherów. Skoro modlimy się o szczęście, to może coś wygramy?
Na Hong Kong Island nie brakuje również maleńkich bazarków ze świeżymi owocami morza, sklepików z wywieszonymi za szyje kurczakami i kaczkami, a także stoisk z antykami i pamiątkami z czasów Mao.

Sernik z zieloną herbatą i nie tylko
W niewielkiej kawiarni zamawiamy lemoniadę i sernik z zieloną herbatą. Z wyjątkiem koloru  – zielonkawa bladość, na oko niczym nie różni się od przeciętnego polskiego sernika na spodzie z kruchych ciasteczek. Jednak już po pierwszym kęsie wiem, że to nieprawda. Jego maślana konsystencja cudownie pieści podniebienie, a orzeźwiający smak jest o niebo lepszy od cytrynowego odpowiednika. To najlepszy sernik, jaki dane mi było kosztować.

DSC_0064

Sernik z zieloną herbatą. Niebo w gębie.

Na pierwszy rzut oka nigdzie dookoła nie widać restauracji, choć co krok ktoś wręcza nam ulotki z menu. Ustawione na chodnikach szyldy również reklamują pierożki, dania z kaczki czy smażony makaron z warzywami. Tylko, gdzie to wszystko dają? W połowie pierwszego dnia orientujemy się, że bardzo wiele restauracji mieści się w mijanych przez nas wieżowcach na 12, 23 lub 30 piętrze. Wchodzimy więc do recepcji jednego z apartamentowców i informujemy konsjerża, że chcemy się udać do restauracji na 17 piętrze. Ten uprzejmym gestem prosi windziarza o ściągnięcie dla nas windy i wciśnięcie odpowiedniego przycisku. Z windy wychodzimy na klatkę schodową. Biuro, biuro i wreszcie szyld restauracji. W niewielkim pomieszczeniu zajmujemy stolik pod oknem, z którego mamy piękny widok na sąsiedni wieżowiec. Po kilku minutach młoda kelnerka z kilkunastoma kolczykami w uszach, stawia przed nami marynowane warzywa, krewetkowe prażynki i trzy miski rosołu z pierożkami. Chwilo trwaj wiecznie.
Dobrym sposobem na zaspokojenie głodu w Hong Kongu są gotowane na parze pierożki. Jest to przekąska popularna szczególnie rano, gdy Chińczycy spieszą się do pracy. Ogromne pampuchy, wypełnione warzywnym, mięsnym lub fasolowym farszem, sprzedawane są z obwoźnych wózków. W głębokich, parujących kotłach ustawione są bambusowe koszyczki z białymi, zmarszczonymi kulami, wielkości zaciśniętej pięści. Szklistym ciastem takiego pierożka można się skutecznie zapchać na pół dnia.
Jeśli macie dużo plomb w zębach, powinniście się dwa razy zastanowić, zanim zdecydujecie się kupić owoce kandyzowane w cukrowej polewie. Wyglądają ślicznie, ale gryźć się tego nie da, nie mówiąc już o tym, że człowiek zostaje wyłączony z rozmowy na co najmniej pół godziny, zanim to wszystko przeżuje i połknie. Nocny market
Ja już sama nie wiem, czy ty to robisz specjalnie? – pyta Ania.
Co robię?
Czy nasze noclegi zawsze muszą być w pobliżu nocnego bazaru i miejsca schadzek?
No cóż? Sama nie wiem, ale jakoś tak samo wyszło, że nasz Alhambra Building położony jest przy bazarze, na którym co wieczór się stołujemy. Kolacje tutaj są zawsze wyzwaniem. Pomiędzy stoiskami z ubraniami, torebkami, telefonami i innymi skarbami zlokalizowane są mniejsze i większe dziuple, będące w istocie działającymi zaledwie przez kilka godzin restauracjami. Bo, gdzie toczy się dobry handel, tam musi być i jedzenie.

DSC_0117

Rosołek na kaczych łapkach?

Stolik z drewnianej dykty, przykryty jest pstrokatą ceratą. Obok plastykowego dzbanka z wodą stoją kubki, pojemnik z pałeczkami, papier toaletowy zamiast chusteczek i zestaw sosów. Kelner od dobrych dwudziestu minut omija nas wzrokiem. Z ciekawością zaglądam na sąsiedni stolik, przy którym siedzi dwóch Chińczyków. Palą jednego papierosa za drugim, obgryzione kości ciskają pod nogi, a na ich nadgarstkach połyskują ogromne, złote zegarki. Jednemu coś weszło między zęby, w związku z czym, z ogromnym zacięciem, dłubie w buzi wykałaczką. Kelner dostawia kolejne dania. Makaron z kurczakiem wygląda smakowicie. Po pewnej chwili nasi sąsiedzi zauważają mojego żurawia zapuszczanego w ich talerze i gromkim okrzykiem, machając rękami, przywołują kelnera, zmuszając go do obsługi naszych wygłodniałych osób. Razem z Maćkiem zamawiamy makaron z kurczakiem i dla pewności wskazujemy na dania, ustawione na sąsiednim stoliku. Ania stara się zamówić zupę z kaczką. Po zaledwie pięciu minutach dostajemy parujące miski. Łapiemy za pałeczki. Nasz makaron jest ok., natomiast z miski Ani wystają dwie ugotowane łapki. Czy to kaczka? Na pewno jakiś ptak. Czy jest jeszcze jakiś inny kawałek mięsa? Nie.
Wracając do naszego “apartamentu” mijamy, osnute niewielką ilością światła, namioty wróżbitów. Za odpowiednią cenę mogą powróżyć, rzucić urok, sprzedać amulet – na miłość, na zdradę, na szczęśliwy los czy finansową pomyślność. – White cookies! Krzyczą do Maćka, z drugiej strony ulicy, znajome z widzenia panienki do towarzystwa. Ich opiekunowie siedzą w czarnym samochodzie i, obgryzając bambusowe wykałaczki, pilnują biznesu.

W labiryncie XXI wieku
Może kupię laptopa? Wejdziecie ze mną do sklepu? – Maciek energicznie kiwa głową i już znika za szklanymi drzwiami. Wchodzę za nimi z lekkim ociąganiem, ale w końcu od wizyty w jednym sklepie nikt przecież jeszcze nie umarł. Parter niewielkiego budynku podzielony jest na kilkadziesiąt maleńkich sklepików z wszelkiego rodzaju elektroniką. Najgorsze jest to, że idąc między szklanymi ściankami działowymi, zauważam, że Maciek schodzi schodami w dół. A tam … cztery kondygnacje pod ziemią, kolejne sklepiki, a w nich tłum młodych Azjatów, krzyczących, jak na tokijskiej giełdzie i licytujących ceny co bardziej interesujących towarów.

Siwy włos
O każdej porze dnia i nocy na ulicach miasta można zobaczyć pracujących starszych ludzi. Jedni sprzedają stare gazety, inni zamiatają ulice, zbierają plastykowe i aluminiowe butelki oraz puszki. Sprzątają ze stolików w kawiarniach, miewają też maleńkie, obwoźne stragany z jedzeniem, które kilka godzin temu przygotowali w swoich maciupkich mieszkaniach. W większości przypadków są to ludzie samotni i bezdzietni. Od niedawna objęci systemem emerytalnym, muszą dorabiać, aby utrzymać się przy życiu. Z racji tej, że nie mają dzieci, których obowiązkiem jest utrzymywanie swoich rodziców, sami muszą zadbać o siebie na starość.

Czas wolny
Z samego rana lub wczesnym popołudniem w wielu parkach, na skwerach lub promenadach można zaobserwować Chińczyków, oddających się przeróżnym ćwiczeniom. Jedni wykonując płynne, powolne  ruchy, ćwiczą tai-chi, inni wykonują skomplikowane akrobacje z wachlarzami. Ja jednak najbardziej lubię obserwować tych, którzy, pod osłoną drzew, uczą się tańczyć tango. Park, w którym do tej pory słychać było jedynie trele ptaków, rozbrzmiewa teraz stłumioną muzyką milongi. Pary, młode i stare, suną po betonowej scenie, a nauczyciel krąży wokół nich, od czasu do czasu korygując ich nieporadne ruchy. Śmiech, cichy gwar rozmów i roześmiane oczy, cieszące się tą ulotną chwilą całkowitej wolności.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *