DSC_0209

Szczypta Indochin – Hanoi Cz. I

WIETNAM 2014 rok

Dobre złego początki Znacie to uczucie, gdy lądujecie na lotnisku w zupełnie obcym miejscu i jak najszybciej chcecie dostać się do miasta? My znamy. Szukamy więc taniego środka transportu, czyli w tym przypadku autobusu miejskiego nr 17. Niestety przystanki są słabo oznaczone, do zatrzymujących się pojazdów nikt nie chce nas wpuścić, a w jakimkolwiek obcym języku, oprócz oczywiście wietnamskiego, nikt z nami nie rozmawia, a my, jak na złość, akurat tego języka nie znamy. Zmęczeni po długim locie, zrezygnowani, siadamy na, zwalonych pod słupkiem, plecakach i już jesteśmy prawie gotowi pogodzić się z nadciągającą koniecznością skorzystania z taksówki, gdy nagle pochyla się nad nami młody chłopak i na migi pokazuje, że za placem budowy i wiaduktem, z boku lotniska, znajduje się pętla autobusowa. Chwytamy plecaki i szybkim krokiem udajemy się we wskazanym kierunku. Ale przecież tu nic nie ma! Błoto, koparki, stare samochody… Zmęczenie i rozgoryczenie biorą górę. Chcemy zawracać, ale właśnie w tym momencie mija nas wietnamska rodzina z ogromnymi walizami na kółkach. Starszy mężczyzna w słomkowym kapeluszu i w okularach przeciwsłonecznych mówi coś do idącej obok niego dziewczyny, a ta z nieśmiałym uśmiechem szepcze: „Bus, bus…” i macha ręką w kierunku drugiego wiaduktu. Rzeczywiście na niewielkim placu, pośród tirów i koparek stoją stare autobusy, w tym ten nasz, nr 17, do Hanoi. W środku jest brudno, siedzenia są mocno sfatygowane, a okna tak stare i zniszczone, że prawie nic już przez nie nie widać. Podchodzę z mapą do kierowcy i staram się wskazać miejsce, gdzie chcemy wysiąść. Ten, machnięciem ręki odsyła mnie do biletowego, który kiwa głową i odprowadza mnie na moje miejsce.
Drogi są tak wąskie, że z trudem mija się na nich nasz autobus i jadące z naprzeciwka samochody. Skutery wyskakują, jak króliki z kapelusza, z maleńkich bocznych alejek i wpadają wprost pod koła, cudem unikając zderzenia. O podstawowych zasadach bezpieczeństwa nikt tu chyba nigdy nie słyszał. Patrzę z szeroko otwartymi oczami, jak do boku naszego autobusu „przykleja się” skuter z dwójką dorosłych, trójką dzieci, w tym niemowlakiem, i czterema klatkami z kurami. Przydrożne domy i sklepiki to raczej niewielkie baraki, pokryte blachą falistą. Budynek szkoły sprawia wrażenie ledwo co trzymającego się fundamentów, a stacja benzynowa to ogromna beczka z wężem. Aby tu przyjechać ciosałam Maćkowi kołki na głowie przez ponad pół roku. A tymczasem widok za oknem raczej przeraża, a nie zachęca do rozkosznych wakacji.
Gdy zbliżamy się do centrum Hanoi robi się ciemno. Szary smog, towarzyszący nam od chwili wylądowania, niknie wśród przytłumionego blasku latarni. Ruch uliczny, z minuty na minutę nasilający się, sięga zenitu. Samochody, skutery, rowery, piesi, wylewają się na ulice i pędzą we wszystkich kierunkach, na skos, z prądem i pod prąd, do przodu, do tyłu. Powoli wtaczamy się na most. Most jest wąski, żelazny, przerzucony jak koronkowa wstęga nad wodami Song Hong. Gdzieś tuż za mostem, w okolicach Hanoi Old Quarter musimy wysiąść. Widzę biletera, który sprawnie przeciska się w naszym kierunku i ustawia nas przy drzwiach. Minuta, dwie i wyskakujemy na niewielkim cypelku, pośrodku sześciopasmowej, ruchliwej ulicy. Bileter macha na do widzenia.
Muszę zapalić – oznajmia Maciek, a ja rozglądam się dookoła z … przerażeniem. Jest strasznie głośno, z dominującym naturalnie piskiem klaksonów. Wszędzie widzę tylko samochody, skutery i rowery. Oświetlenie ulic jest raczej słabe. Mimo tego, że już listopad, to czuję, jak po plecach cieknie mi stróżka potu. Nie dam rady. Po raz pierwszy nie umiem zlokalizować miejsca, gdzie jestem. Mapa pokazuje zupełnie inny obraz, niż ten przed moimi oczami. Gdzie jest przejście dla pieszych? W zasięgu naszego wzroku nie ma niczego takiego. Gdzie są jakiekolwiek światła? Nie ma. No, to co robimy?
Idziemy. Przejdziemy na drugą stronę i poszukamy hotelu. – On chyba oszalał! Patrzę w jego roześmiane oczy i zaczynam rozumieć, że On się świetnie bawi. – Sama chciałaś tu przyjechać. A teraz co? Ruch uliczny ci przeszkadza? – i bezceremonialnie zakłada mi plecak na ramiona. – Idziemy! Jakie idziemy? Stoję na krawędzi zabójczo wysokiego krawężnika i wiem, że jeśli tylko zrobię krok do przodu, to z impetem wpadnę pod koła najbliższego pojazdu. Maciek łapie mnie za rękę – Idź koło mnie i się nie zatrzymuj! Wyczekuje odpowiedni moment, gdy robi się nieco luźniej na drodze i … zeskakujemy pod koła rozpędzonych pojazdów. Serce bije mi jak szalone. Czuję, jak coś musnęło mój plecak. Tuż przed nosem przejechał skuter, a niebieska plandeka małej ciężarówki niemiło musnęła mój policzek. Gdybym tylko miała chwilę czasu, pewnie bym się rozpłakała. Ogromny krok i jestem na chodniku! Hura! Nie wolno się jednak cieszyć przedwcześnie. Chodnik jest wąski i zastawiony sklepowymi towarami. Aby uniknąć ponownego, wymuszonego wtargnięcia na jezdnię, skręcamy w bok, w labirynt ciemnych uliczek „starego miasta”. Tu jednak wcale nie jest lepiej. Niscy, wręcz anorektyczni ludzie przepychają ogromne, metalowe kontenery. Wszystkim przeszkadzamy, więc każdy chce nas przejechać lub staranować. Wielkie zawalidrogi – tak pewnie o nas myślą. Nie jestem w stanie szukać nazwy ulic. Patrzę pod nogi, aby na nic nie nadepnąć lub nie wpaść w jakąś dziurę. Ktoś bezceremonialnie wylewa z miski wodę z odciętymi rybimi głowami. Zaraz się na nich wywalę. A, jak się wywrócę, to już po mnie. Podepczą mnie. Czuję się, jakbym wpadła w niebezpieczne bagno ludzkich ciał i pojazdów, które powoli, acz skutecznie, wciąga mnie w swoją toń. – Jesteśmy na miejscu – Maciek chwyta mnie za łokieć tuż przed radiowozem policyjnym, który, nie zwracając uwagi na pieszych, pruje do przodu.
Bezpiecznie … luźno. To pierwsze myśli, jakie towarzyszą mi po wejściu do hotelu. – Jestem głodny – oznajmia Maciek. – Jak tylko rozpakujemy plecaki, idziemy poszukać czegoś do jedzenia. Mowy nie ma… Pół godziny później stoję przed hotelem.

DSC_0209

Sprzedawczyni balonów spaceruje środkiem ulicy, nie przejmując się samochodami, skuterami i rowerami.

Na naszej ulicy rosną drzewa! To pierwsza, choć abstrakcyjna myśl, jaka do mnie dociera. Ewidentnie przerażenie i otępienie znikło, zastąpione budzącą się ciekawością. Wystarczyło pół godziny, a świat przedstawia się zupełnie inaczej. Ruch uliczny jest zdecydowanie słabszy, głównie rowerzyści i skutery. Gdy dochodzimy do pierwszego skrzyżowania okazuje się, że ulice starej części Hanoi są zamknięte dla ruchu kołowego od godziny 18:00 do 23:00. Mijamy tymczasowy szlaban i wchodzimy do jedzeniowego raju. Ze wszystkich stron atakuje nas mnogość słodkich, kwaśnych i ostrych zapachów. Co kilka metrów umieszczone są maleńkie kramiki, na których coś skwierczy i bulgocze. W restauracjach, czyli stolikach ustawianych obok siebie na ulicach, panuje spory tłok. Gwar ludzkich głosów i śmiechu miesza się z muzyką, płynącą z magnetofonów. Siadamy w pierwszej napotkanej restauracji, przy długim, blaszanym, wspólnym stole. Dobrze, że schudłam, bo w przeciwnym razie moja europejska pupa mogłaby spaść z plastykowego, niebieskiego taborecika. Problem mam jednak z nogami, które w żaden sposób nie mieszczą się pod stolikiem. Już po chwili dostajemy wybornie pachnący noodle z wołowiną i warzywami, słodko-ostrym sosem i piwem Tiger. Łapiemy za plastykowe pałeczki i pałaszujemy. Koło nas siedzi grupka młodych osób. Mieszane towarzystwo delektuje się smażonym kurczakiem. Rozmawiają, mlaszczą i głośno się śmieją. Obgryzione kości z impetem lądują w wiaderku, ustawionym koło moich stóp. Jedzenie jest boskie, ale widok zaplecza kuchennego, niejednej osobie może odebrać apetyt raz na zawsze. Brudne gary stoją w stosach obok plastykowych miseczek, pałeczek i kubeczków. W dwóch miskach starsza kobieta myje i płucze naczynia, które ustawia ponownie na ziemi. – Jutro musimy kupić sobie własne pałeczki – oświadcza spokojnie Maciek, a ja dochodzę do wniosku, że mam ogromną ochotę na coś słodkiego na deser. Może kilka kulek ptysiowego ciasta, smażonego w głębokim tłuszczu? Wszystkiego trzeba spróbować…

DSC_0214

Jedna z naszych ulubionych knajpek. Kto by się przejmowała sanepidem? A co ciekawe w ciągu dnia jest tu sklep papierniczy ;)

W drodze powrotnej do hotelu zaglądamy do jednej ze świątyń. Na ołtarzach, podobnie jak w Malezji, pysznią się puszki piwa, owoce i słodycze. Przed wejściem ustawia się zespół muzyczny. Po chwili możemy delektować się, drażniącymi uszy, pociągnięciami strun. Strach i przerażenie poszły w niepamięć. Czuję się wspaniale. To będą cudowne wakacje. W tej samej chwili, drobna Azjatka w różowym kasku, mija mnie z impetem na skuterze. A zakaz jazdy? Skutery rządzą się swoimi własnymi prawami… C.D.N.

DSC_0017

Podarki dla Bogów. Piwo, owoce, słodycze… datki pieniężne się spala.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *