DSC_0464

Szczypta Indochin – Hanoi Cz. II

WIETNAM 2014 rok

HANOI Wczesnym rankiem można usłyszeć trele ptaków. Powietrze jest przejrzyste, a ruch uliczny dopiero zaczyna nabierać tempa. Drobni Wietnamczycy niespiesznie ruszają do swoich codziennych obowiązków. Przed niewielkim butikiem z ubraniami rozstawia się z parującymi kociołkami starsza kobieta. Dwa ogromne garnki i wiklinowy kosz przywiozła parę minut temu rowerem. Co chwila ktoś do niej podchodzi i kupuje pierożki z ryżowej mąki. Godzinę później składa swój kramik, zamiata najbliższą okolicę i wymienia bezzębny uśmiech z właścicielem butiku, który właśnie otwiera podwoje sklepiku. Za kilka godzin, gdy zmierzch przykryje miasto, a drzwi sklepu zamkną się bezpowrotnie, miejsce to zajmie rodzina z restauracją na wózku. Będą noodle z kurczakiem i gotowane warzywa. W tym mieście, w którym każdy dorabia jak może, „biznesmeni” wspierają się nawzajem.

DSC_0010

Nasza ulica :) w Hanoi

Uliczni handlarze korzystają najczęściej z rowerów lub przewieszonych przez ramiona pałąków z zawieszonymi na końcach bambusowymi koszami. Mandarynki w kolorze zachodzącego słońca bardzo często mają jeszcze nieoberwane czupryny z zielonych listków. Szczypior, kolendra, pietruszka w ciemnozielonych kolorach aż proszą się o wrzucenie do zupy. Są też małe pomidory o bladoczerwonym licu, okrągłe cebule i wspaniałe, maleńkie cytrynki, bez których nie funkcjonuje tutejsza kuchnia. Najbardziej kolorowe bywają jednak handlarki ze swoimi kwiatami. Bo trzeba zaznaczyć, że Hanoi, jak żadne inne miasto, kocha cięte kwiaty. Ich sprzedawczynie idą niespiesznie, a ich rowery lub wózki zasłane są od góry do dołu równo ustawionymi rzędami storczyków, słoneczników, róż. Zapach świeżych kwiatów miesza się z aromatem zupy Pho, którą każdy szanujący się Wietnamczyk spożywa każdego poranka.

DSC_0217

Świeży szczypior, a może kolendra?

Wietnamskich sprzedawców charakteryzuje niesamowity spokój ducha i lekka pogarda dla klienta. Dlatego do ciągłego spożywania przez nich zupek, makaronów czy spring rolsów w trakcie pracy, trzeba się jakoś przyzwyczaić. Co bardziej kulturalny klient wchodząc do sklepu, z rozwagą i namysłem rozgląda się w pierwszej kolejności za stolikiem lub taboretem przykrytym gazetą, na którym pyszni się jakieś parujące danie. Dopiero, gdy je zlokalizuje, przeciska się wśród bogato zastawionych sklepowych półek. Trudniej jest natomiast przyzwyczaić się do widoku sprzedawczyń skupionych na wyrywaniu sobie lub koleżankom siwych włosów z głowy lub obcinaniu paznokci u stóp. Niestety ta druga czynność często przytrafia się, czekającym na klientów, kelnerkom barów i restauracji.

DSC_0451

Kwiaciarki można spotkać na każdym kroku w Hanoi ;)

Najlepszy widok na starą część Hanoi i jezioro Hoan Kiem roztacza się z tarasu restauracji „Coffee Club”. Delektując się całkiem dobrą kawą i świeżymi sokami, można nie tylko podziwiać najbliższą okolicę, ale również poobserwować zasady ruchu drogowego, obowiązujące na tutejszych ulicach. Wnioski: brak zasad. Jedyne, co skuteczne, to zdecydowane działanie w podjętych decyzjach!

DSC_0048

Odważnie i do przodu ;)

Jedną z najważniejszych atrakcji Hanoi, nazywanego kiedyś Miastem Wzlatującego Smoka, jest Świątynia Jadeitowej Góry, wybudowana na jeziorze Hoan Kiem i poświęcona bogowi literatury. Niestety boga tego zdystansował Boski Złoty Żółw, który zgodnie z XVI wieczną legendą uważany jest przez Wietnamczyków za narodową świętość i stał się główną atrakcją jeziora ( jeśli wierzyć prasowym doniesieniom zmarł w tym roku).

DSC_0079

A oto i żółw ;)

W najbliższej okolicy znajduje się również śliczny budynek Opery, spod której murów ruszamy do Świątyni Literatury. Klucząc ulicami stolicy Wietnamu przestajemy się dziwić wolno biegającym po chodnikach kurom, zbiorowiskom młodych mężczyzn na skuterach, czy kłębom luźno rzuconych lub zawieszonych kabli. Mijamy Katedrę i kierujemy się w stronę torowiska. Za torami znajdują się drobne warsztaty i dość obskurne sklepiki ze sprzętem gospodarstwa domowego. Jeśli jednak komuś marzy się prawdziwy wok, to jest to idealne miejsce na jego zakup.

DSC_0131

Kogut na ulicy? Co w tym dziwnego…

DSC_0148

Wystarczy minąć tory i znaleźć się w krainie woków.

Wzdłuż murów okalających Świątynię Literatury ustawione są fryzjerskie fotele lub zwykłe krzesła barowe. Golibroda sprawnie wywija brzytwą, którą od czasu do czasu płucze w stojącym na ziemi plastykowym wiaderku. Młody mężczyzna, ubrany w odświętny garnitur, z zadowoleniem przegląda się w zawieszonym na murze lusterku. Płaci, zeskakuje z krzesła i pędzi w kierunku wejścia, przeskakując pomiędzy wyciągniętymi nogami, wolnych od pracy, fryzjerów. Gdy wyłaniamy się zza rogu, stajemy zaskoczeni. Dzikie tłumy młodzieży szkolnej w granatowych togach, kłębią się na placu przed wejściem do świątyni oraz w samej świątyni. Aby wejść do środka muszę użyć siły. Jestem przecież wyższa. Mój wzrost, ba nawet wzrost Maćka, nie pozwala nam jednak sycić oczu widokami świątynnej architektury. O skrawek wolnego miejsca, aby choć na chwilę się zatrzymać, musimy walczyć łokciami. Wszystkie ściany, ścieżki, murki okalające stawy, oblepione są pozującymi do zdjęć małolatami. Flesze strzelają, zęby błyszczą w uśmiechach. Wśród amatorów jest kilkunastu profesjonalistów, którzy przy pomocy asystentów, ustawiają grupki dziewcząt, trzymających w dłoniach kolorowe bukiety. Gdy sesje w togach dobiegają końca, przychodzi pora na zdjęcia w garniturach i narodowych wietnamskich sukienkach. Są wąskie, z wysokimi kołnierzami, czterema guziczkami z przodu i długimi rozcięciami po bokach. Dziewczęta wyglądają w nich wspaniale, dostojnie i zjawiskowo smukłe.

DSC_0151

Golenie brzytwą? Zmiana fryzury?

DSC_0160

I jak tu można zrobić zdjęcie?

Gdy wreszcie udaje się nam opuścić fotograficzne piekło, idziemy w stronę Pagody na Jednej Kolumnie, znajdującej się tuż obok Muzeum Ho Chi Minh’a. Niestety, wybudowana w 1042 roku pagoda ginie wśród gruzu, pyłu i betonu, otaczającego ją placu budowy. Rozczarowanie i smutek towarzyszą nam podczas spaceru wzdłuż bezkresnych, równo przyciętych trawników, otaczających pomnik Lenina, Mauzoleum Ho Chi Minh’a i rządowe budynki administracyjne. Jedynym pocieszeniem jest perspektywa zjedzenia czegoś bajecznie dobrego na kolację.

DSC_0168

Tam daleko, w tej pięknej scenerii, znajduje się Pagoda na Jednej Kolumnie…

Tak, tak, mieli państwo jechać na wycieczkę, ale kierowca zapomniał o was – patrzę z niedowierzaniem na naszą recepcjonistkę, która z szerokim uśmiechem właśnie poinformowała nas, że nie pojedziemy podziwiać Perfumowanej Rzeki. – Ale my tu czekamy od dwóch godzin. Rozmawialiśmy z panią o tym wyjeździe – twardo obstaję przy swoich racjach. – Tak, tak, no trudno, co możemy na to poradzić. Tam o tej porze roku i tak strasznie śmierdzi i jest wielu naciągaczy… To po co sprzedałaś nam tę wycieczkę wczoraj wieczorem, zastanawiam się w duchu. – Chodź – Maćko odciąga mnie na bok – wymyślimy coś innego. Z braku innych inspiracji decydujemy się pojechać do Muzeum Etnograficznego. Muzeum, jak muzeum, ale autobus… Zarządcy transportu miejskiego w Hanoi chyba doskonale bawili się, ukrywając przystanki autobusowe przed swoimi przyszłymi klientami. Jeśli mieszkańcy miasta jakoś zdołali rozgryźć ten skomplikowany system, to turyści nie mają na to żadnych szans. Robimy już trzecią pętelkę wokół ronda z fontanną przy „Coffe Club”, narażając się na potracenie przez rozpędzone pojazdy, i nie możemy odkryć, gdzie ten przeklęty przystanek się znajduje. Według pani ze sklepiku z pamiątkami – za światłami koło jeziora. Według pucybuta – po drugiej stronie placu, w wąskiej uliczce. A tu już po raz drugi przeklęta 14. odjeżdża nam sprzed nosa. Jeśli tak dalej pójdzie, kolejnej 14-ce rzucę się pod koła. Na szczęście nie muszę narażać się na tak diaboliczny krok, bo Maciek, między gałęziami drzew, tuż nad jeziorem, vis a vis fontanny, dostrzega wreszcie ukrytą tabliczkę. – To tu! – krzyczy – Stójmy tu, to tym razem się załapiemy. I rzeczywiście, po 10 minutach kolejna, rozpędzona 14. zaczyna się zbliżać. Zwalnia, zwalnia, i kilka metrów za drzewem ostatecznie staje. Wskakujemy, kupujemy bilety i siadamy na końcu autobusu. To doskonała miejscówka do obserwacji, toczącego się w pojeździe, życia. Mężczyźni i chłopcy grzecznie ustępują miejsc siedzących paniom i dziewczętom, młodsi – starszym. Bileterka, szkoląca młodego stażystę, energicznie pokrzykuje na tłoczących się przy drzwiach ludzi, rozsadza ich na wolnych miejscach i sprawdza bilety. Niektórych pyta, gdzie chcą wysiąść i w odpowiednim momencie krzyczy do kierowcy, aby się zatrzymał. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju.
Aby poznać Zatokę Halong należy jej poświęcić kilka dni i to najlepiej z dobrym biurem podróży lub rybakiem, który popłynie z nami w odległe jej zakamarki, z dala od masowej turystyki i statków handlowych. Eksploatowana do granic możliwości, narażona na chińskie zapędy wydobywcze, w niczym już nie przypomina dawnej świetności. Chcąc być szczerą muszę zaznaczyć, że nie tylko te elementy są ważne, ale również pogoda. Zatopione w zatoce grzbiety gór wyglądają najpiękniej przy bezchmurnym niebie, w złocistych promieniach słońca.

DSC_0288

Zatoka Halong, statek za statkiem

DSC_0314

W Wietnamie interesy robi się wszędzie

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *