DSC_0144

Szczypta Indochin – Street Food w Hanoi

Wiesz co? Wietnam to przede wszystkim podróż kulinarna. Jedzenie to życie, a życie to jedzenie – wzdycha Maciek, nalewając mi do niewielkiego kieliszka kokosowego wina. Jest gwarno i tłoczno. Mieszkańcy Hanoi, jak w każdy weekendowy wieczór, wyszli na ulice cieszyć się jedzeniem i piciem. – To zapachy i smaki nadają charakter miejscu. Nie monumenty czy świątynie, które zwiedzamy – one są martwe i zimne. A jedzenie? To kultura namacalna, dziedzictwo każdego narodu. – Wołowina i boczek zaczynają sympatycznie skwierczeć na niewielkim grillu. Dorzucam paprykę, kolendrę i szczypiorek. Zapach jest odurzający.

DSC_0023

Wietnamczycy zawsze coś jedzą lub piją ;)

Niezależnie od pory dnia lub nocy mieszkańcy Hanoi zawsze coś jedzą. Obgryzają skrzydełka kurczaka, siorbią, wciągając makaron i popijając zupę, mlaszczą przy wołowinie w sosie słodko – kwaśnym i żeberkach z grilla. Konsumując dmuchane, złociste bagietki z zieleniną i smażonym boczkiem, pozostawiają za sobą ślad z okruszków. Piją i jedzą dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Od piątku do niedzieli uliczki starego centrum Hanoi zostają wyłączone z ruchu ulicznego, zamieniając się w jedną, wielką restaurację. Jak okiem sięgnąć, maleńkie stoliki przyklejone są do ścian domów, witryn zamkniętych sklepów, czy wózków rodzinnych restauracji na kółkach. U bezzębnej staruszki, której niewielki kramik pomagają prowadzić dwie wnuczki, można zjeść zupę Pho – narodowe danie Wietnamu, serwowane od śniadania do kolacji. Rosół jest wyrazisty i charakterystyczny w smaku, bo gotowany na wołowych ogonach, kościach i mięsie. Najważniejszym składnikiem tej zupy są jednak, a może przede wszystkim, świeże liście m.in. mięty i kolendry, a także sok z maleńkich, zielonych limonek, bez których nie funkcjonuje tutejsza kuchnia.

DSC_0198

Na każdym rogu można kupić świeże, obrane owoce ;)

Sympatycznie uśmiechnięta młoda Wietnamka przyzywa nas do siebie machnięciem ręki. Na maleńkim taborecie, na plastikowej, okrągłej tacy leżą spring rolls’y – kolejna duma wietnamskiej kuchni. W cieniutki papier ryżowy zawinięte są wąskie paski surowej marchewki, pora, kolendry, mięty, pietruszki. Płacimy za cztery sztuki, które Wietnamka wkłada do plastykowej torebki. Do dwóch kolejnych nalewa sosu chili i słodko – kwaśnego.
Stoi tu pani codziennie? – pytam z nadzieją na to, że jutro też będę miała okazję delektować się tymi wspaniałościami – Tak, jak mam czas po pracy – tłumaczy, przytulając do siebie kilkuletniego synka ubranego w niebieską piżamę – Przyjeżdżam tu z mężem z naszej wioski oddalonej od Hanoi o 70 kilometrów. – I to się opłaca, myślę w duchu przeliczając, że za cztery sztuki spring rolls’ów zapłaciliśmy cztery złote. – Normalnie pracuję na dwóch etatach, podobnie mój mąż, ale zawsze brakuje pieniędzy. Jak tylko nadarza się okazja, a w ogródku mam nadmiar warzyw, przyjeżdżamy tu i sprzedajemy jedzenie. Zawsze coś zarobimy. Wietnamczycy lubią jeść. To fakt, Wietnamczycy kochają jeść, a ludzi, dorabiających sobie sprzedażą jedzenia wytwarzanego w domowym zaciszu, można spotkać na każdym kroku.

DSC_0213

Uliczki w centrum Hanoi to jedna wielka restauracja.

Wystarczy, że raz kupimy coś u jakiegoś sprzedawcy, a już mamy przyjaciela na cały pobyt w Hanoi. Prawda jest taka, że Wietnamczycy, podobnie jak arabscy kupcy, to urodzeni handlarze, którzy bardzo dobrze wiedzą, jak zadbać o swojego klienta. – Twoja żona ogląda wachlarze! – krzyczy do Maćka nasza pani od spring rolls’ów, gdy następnego wieczora włóczymy się po night markecie. Rzeczywiście, na chwilę zniknęłam z oczu mężowi, który zaczął się już rozglądać na wszystkie strony za blond czupryną w morzu czarnowłosych ludzi.  Nasza nowa przyjaciółka, czujna niczym ważka, przyszła mu z pomocą. Dzięki temu ponownie kupiliśmy u niej nasze ulubione przekąski. Tym razem jednak nie dostaliśmy ich na wynos, ale jemy na miejscu, siedząc na maleńkich taborecikach, prawie w kucki z kolanami w okolicy uszu. Dzięki naszej żywej reklamie, para niemieckich emerytów decyduje się dokonać podobnych zakupów jedzeniowych, a kilkunastu Wietnamczyków robi nam pamiątkowe zdjęcia. Tak działa wietnamski biznes!
Macie ochotę na pierożki? – pyta z uśmiechem nasza przyjaciółka, a my, mimo, że nie wiemy z czego są zrobione i jak zostały tu przetransportowane, potakująco kiwamy głowami. Przecież nie wypada odmówić… I tak, oprócz codziennej przekąski, nasze menu powiększa się o dodatkowe pozycje.
Siadać, siadać! U nas pyszny grill! – krzyczy młody chłopak, który właśnie wypatrzył nas w tłumie. – Popatrz, wolne miejsca i mają te maleńkie grille – Maciek trąca mnie łokciem w bok.  – Ale jest pusto. Może źle gotują. Marszczę nos, ale z drugiej strony od dobrej godziny polujemy już na lokal z grillami i nigdzie nie ma wolnych miejsc. Trudno, ryzyk-fizyk. Siadamy w znanej nam już pozycji skulonego psa, z kolanami pod brodą i zamawiamy jednego grilla z wieprzowiną, wołowiną i kurczakiem, świeżymi warzywami oraz kokosem z kokosowym winem. Po chwili na chybotliwym, plastykowym stoliku z wielkim pietyzmem zostaje ustawiony okrągły grill. Olej pod rozpałkę rozlewa się po maleńkiej gąbeczce i już tańczą fantazyjne płomienie. Na tym ustawiona zostaje tacka pokryta folią aluminiową. Gdy palenisko uzyskuje odpowiednią temperaturę, zgodnie z instrukcją, smaruję naczynie margaryną i olejem kokosowym. Gdy tłuszcz zaczyna skwierczeć, wrzucam kawałki mięsa. Kilka minut później dokładam warzywa. Przełamujemy na pół świeżą, chrupiącą bagietkę i delektujemy się wyborną kolacją. Przy takim grillu można miło spędzić czas, pod warunkiem, że nie siedzimy w bardzo popularnej restauracji, gdzie czas to pieniądz. Tym razem tak nie jest. Nikt nas nie pogania, a obsługa zachwycona moimi umiejętnościami obracania mięsa pałeczkami, robi nam kilka zdjęć
Do nowego menu dla cudzoziemców – tłumaczy uśmiechnięta dziewczyna, a ja czuję się, niczym miś z Zakopanego, z którym każdy chce mieć zdjęcie.

DSC_0465

Komu, komu bo idę do domu… świeża rybka?

DSC_0468

Pomarańcze, mandarynki, wołowinka? Dla każdego coś dobrego.

Jest wczesne przedpołudnie, gdy wąskimi uliczkami Hanoi spacerujemy wśród powiązanych i usypanych w stosy krabów, pluszczących się w miskach ryb, kawałków mięsa ułożonych na gazecie, wprost na ziemi, kopczykach suszonych maleńkich rybek, czy pagórkach zielonych natek pietruszki i bladych pomidorów. Wszystko w takich ilościach, aby nic nie zostało na kolejny dzień. Zapach jest czasem obrzydliwie wstrętny, podobnie jak widok patroszonych ryb i ich odciętych łbów, pakowanych do plastykowych reklamówek. Tu można kupić dosłownie wszystko. To, co przed chwilą jeszcze żyło, jest siekane, krojone, porcjowane, na sztuki, gramy i kilogramy. W zależności od potrzeb klienta. Tuż za rogiem wpadam na bambusową klatkę, o maleńkich oczkach, w której siedzą żaby. Można je kupić na sztuki lub już poporcjowane, kwestia gustu. Brodząc w krwawych śladach i mokrej brei, mija nas starszy Wietnamczyk w kucharskiej czapce i białym kitlu. To szef kuchni z jednego z okolicznych hoteli, który odbywa codzienny spacerek z grupką cudzoziemców, chcących poznać sekrety azjatyckiej kuchni. On tłumaczy, oni skrupulatnie zapisują jego złote myśli. Kulinarne lekcje to jedna z głównych atrakcji, jakich można doświadczyć w Hanoi. A sceneria i towarzyszące jej naturalne warunki, są wprost doskonałe.
Węch, smak i wzrok to trzy najważniejsze zmysły, jakie są potrzebne, aby w stu procentach móc poznać, a przede wszystkim doświadczyć Hanoi, stolicy Wietnamu.

DSC_0481

W Hanoi nie sposób się nudzić ;)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *