DSC_0500

Szczypta Indochin – W drodze z Hue do Hoi An Cz.I

Czemu ciągniesz mnie do Cytadeli? – skarży się Maciek, gdy nie zważając na jego sprzeciw, prę do przodu niczym rozpędzony parowóz. Jestem strasznie głodna i wychodzę z prostego założenia, że tam, gdzie znajduje się najważniejsza atrakcja turystyczna miasta, życie toczy się pełną gębą i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Niestety nic bardziej mylnego.
Trzy godziny wcześniej, śmigłowym samolocikiem Vietnam Airlines dotarliśmy z Hanoi do Hue. Już na płycie lotniska jasne było, że temperatura jest tu znacznie wyższa, powietrze duszne i parne, a na błękitnym niebie nie ma ani jednej chmurki. Małym mikrobusem (za 50 tysięcy dongów), kursującym między lotniskiem a centrum miasta, dostaliśmy się w okolicę naszego hostelu. Lekko głodni, po orzeźwiającym prysznicu, ruszyliśmy w miasto. Zmierzch szybko przeobraził się w ciemną noc, gdy dziarskim krokiem pokonywaliśmy pierwsze przęsło żelaznego mostu, przerzuconego nad rzeką Huong. Później, obeznani już z obowiązującymi przepisami drogowymi, lawirując między jadącymi pojazdami, pokonaliśmy szeroką ulicę, kierując się w stronę Cytadeli.
Na szerokich, słabo oświetlonych chodnikach nie ma żywej duszy. Większość sklepów jest już zamknięta, a przecież nie ma jeszcze osiemnastej. Powoli zaczyna ogarniać mnie lekki niepokój. Uczucie strachu przyczepia się, jak namolny rzep, za każdym razem, gdy mijamy ciemną bramę, prowadzącą do Cytadeli. Dlaczego tu nikogo nie ma? W drugim pierścieniu murów, okalających zabytek, robi się jeszcze straszniej. Korony ogromnych drzew zamykają słabo oświetlone czerwonymi latarniami ulice w długich, pustych tunelach. A może to ta nienaturalna cisza sprawia, że włosy stają mi dęba? Gdzie dźwięk klaksonów, pisk opon? Czemu nikt nas nie mija? – Cytadela czynna do godziny 17:00 – czyta z niesmakiem Maćko na tablicy informacyjnej przed główną bramą. – Przegoniłaś mnie taki kawał drogi, abyśmy pocałowali klamkę? No cóż z mapy wynikało, że cytadela otoczona jest starym miastem, tylko że nigdzie w pobliżu go nie widać. – Wracamy do hostelu, a po drodze szukamy jakiejkolwiek knajpy, w której coś zjemy. Maćko wyraźnie nie ma humoru, a i mnie przeszła ochota na zwiedzanie. Na szczęście tuż przed naszymi oczami, niczym latarnia morska, pojawia się błyszczący neon restauracji. Wchodzimy na piętro i po raz pierwszy od kilku dni siadamy przy normalnym stole, na normalnych krzesłach. To nie street food w Hanoi, ale z braku laku pałaszujemy noodle z wieprzowiną, popijając je obficie piwem Huda.

2014-11-11 18.48.18

Wnętrze lokalu pozostawia wiele do życzenia, tak samo jak serwowane jedzenie!

Dopiero w drodze powrotnej zauważam, jak fantazyjnie podświetlone są dwa mosty, przerzucone przez rzekę. Z pełnym brzuchem świat od razu wygląda ciekawiej. Ruch uliczny również nabiera tempa. – Ale z nas ciapy – Maciek, niezadowolony, kręci głową – tu życie toczy się pomiędzy mostami na promenadzie. I rzeczywiście, w miejscu, gdzie jeszcze dwie godziny temu nie było żywego ducha, teraz stoi stragan przy straganie, kocioł z parującym jedzeniem przy kotle. Jesteśmy uratowani! Jutro wieczorem szalejemy pod mostami!

DSC_0510

Co serwuje dziś restauracja? Gdzie się podział kucharz?

Hue jest znacznie spokojniejszym i cichszym miastem, niż Hanoi. Tu nikt nie trąbi zawzięcie, nikt nie usiłuje rozjechać przechodnia. Nie ma kwiaciarek, ani śpiewających słowików, zamkniętych w klatkach. Zatem co jest? Jest gorąco i wilgotno do tego stopnia, że nawet dopiero co poznany Australijczyk nie mówi o niczym innym, tylko o tej strasznej, dusznej namiastce powietrza.

DSC_0534

„Stare miasto” znajduje się za murami Cytadeli …

DSC_0560

Jedna z wielu bram na terenie Cytadeli ;)

Głównym zabytkiem miasta jest Cytadela, największa pozostałość po dawnym, wielkim królestwie, jakim było kiedyś Hue. Historia często bywa okrutna i bezduszna. 2 września 1945 roku rząd Ho Chi Minha przeniósł stolicę Wietnamu z Hue do Hanoi, a dawna stolica znalazła się w bezpośredniej bliskości linii demarkacyjnej, która wzmocniła, już i tak silny, podział pomiędzy mieszkańcami wschodu a zachodu. W latach 60. minionego stulecia, podczas bratobójczych walk, Hue padło ofiarą masowych bombardowań, a ponad 4500 tysiąca jego obywateli zostało bestialsko zamordowanych przez zwolenników komunizmu. Mając choć blade pojęcie o tym, co się wydarzyło raptem kilkadziesiąt lat wcześniej, zupełnie inaczej patrzy się na pozostałości minionych wieków. – Kiedyś musiało być tu pięknie – wzdycham smętnie, z dumą czytając, że w pracach restauracyjnych Cytadeli i okolicznych zabytków duży udział mieli polscy konserwatorzy pod kierownictwem profesora Kazimierza Kwiatkowskiego.

DSC_0566

Nic tylko złapać i zjeść ;)

DSC_0673

A dokąd prowadzi ta droga? Jedno z wielu przejść w Cytadeli…

DSC_0698

Kolejna piękna brama na terenie Cytadeli.

DSC_0713

Azjatycka architektura zawsze należała do moich ulubionych ;)

Na zwiedzaniu Cytadeli mija nam cały dzień. Zmęczeni, wracamy na swoją stronę rzeki, marząc o czymś dobrym do zjedzenia. Wtapiamy się w sunących po promenadzie ludzi i z ogromną ciekawością zaglądamy do parujących kotłów. Tu wystają kurze łapki, tam pozbawiona mięsa i ścięgien świńska głowa, z pokrytym skórą noskiem, wynurzającym się spod przykrywki. Tu coś pachnie zniewalająco, ale pływające w kotle kawałki mięsa, to raczej łój, a nie coś dobrego. Z braku laku decyduję się na ciasteczka czekoladowe smażone w bulgoczącym tłuszczu. Jak tak dalej pójdzie to umrzemy z głodu. Zrezygnowani, opuszczamy promenadę i zagłębiamy się w uliczki na tyłach naszego hostelu. W jednym z ciemniejszych zakamarków Maciek dostrzega długą czerwoną plandekę, za którą ustawione są maleńkie stoliki i taboreciki. Niewiele myśląc siadamy w prowizorycznej knajpie. Na szczęście potrawa jest tylko jedna – zupa PHO! Nie szkodzi, że nie znamy wietnamskiego, a kelnerki angielskiego. Przed naszymi zgłodniałymi brzuchami stoją już dwie miski parującej zupy z wołowiną, makaronem, zieleniną i smażonym tofu. W półmroku, panującym w namiocie, dostrzegamy ustawione na stolikach miseczki z przyprawami, sosami i przepiórczymi jajkami. Co miasto, to inny zwyczaj serwowania naszej ukochanej zupki. Inaczej podawane są również świeże soki z owoców, o czym przekonujemy się następnego dnia rano. W Hanoi soki owocowe były co najwyżej z lodem, a tu podawane są z mlekiem lub jogurtem.
Naszą łódź zdobią dwie kolorowe smocze głowy. Poranek jest mglisty i deszczowy, a powietrze duszne i ciężkie. Półgodziny temu odbiliśmy z przystani pod mostem i kierujemy się w stronę pierwszej atrakcji, Ogrodu Botanicznego. – Jak pewnie państwo wiedzą, w naszym wspaniałym kraju nie ma religii – zaczyna swój wykład nasz przewodnik. – To dlaczego tyle osób przychodzi do świątyń, zapala kadzidła i modli się? – pyta zaczepnie Maciek. – My się nie modlimy, a prosimy – mówi szeptem przewodnik. – Cóż złego jest w proszeniu o szczęście i dobrą fortunę? W Wietnamie 98% społeczeństwa to ludzie niewierzący. Owszem odwiedzamy pagody i uliczne świątynie, ale jak podkreślam, prosimy tylko o szczęście. Świątynie są dla bogatych ludzi, aby malutcy o nich pamiętali. Natomiast pagody są dla wszystkich, gdyż tam dusze zmarłych spotykają się z niebem. No cóż, kwestia interpretacji jest zawsze szalenie ważna.
C.D.N.

DSC_0506

Jedna z wielu kapliczek, które można spotkać na każdym kroku…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *