DSC_0448

Szczypta Indochin – W drodze z Hoi An do Mui Ne

Już wiem, jak się czuje chomik – skarży się Maćko – ciągle biega w kółku i nic z tego nie ma!Ale przecież ty masz – odwracam głowę w jego stronę, zezując jednocześnie na drogę. – Zobacz, jak tu pięknie! – mój zachwyt jest jak zwykle szczery i pełen entuzjazmu. Droga jest pusta, co w Wietnamie zdarza się raczej stosunkowo rzadko. Nikt na nas nie trąbi, nikt nas nie wyprzedza. Kilka minut temu wypożyczyliśmy z naszego hostelu rowery i ruszyliśmy na wycieczkę po najbliższej okolicy Hoi An. Dookoła nas, jak okiem sięgnąć, ciągną się pola ryżowe. Gdzieniegdzie brodzi w wodzie bawół lub rolnik, sprawdzający stan swoich upraw. Liczne stawy porośnięte są wspaniałymi, blado fioletowymi liliami. Są tak piękne, że co chwila zatrzymuję się, aby zrobić zdjęcie.

DSC_0271

I jak im się można oprzeć ….

DSC_0274

Maćko nie jest wielkim fanem jazdy na rowerze ;)

Jak będziesz tak często stawać, to nigdzie nie dojedziemy! No cóż, Maćko nie jest fanem wycieczek rowerowych, ale czego się nie robi, aby mieć święty spokój od ciągłego marudzenia żony. Wzdłuż piaszczystej ścieżki, prowadzącej do miejskich zabudowań, rosną smukłe, wysokie palmy. Tuż za nimi zielone poletka ryżowe i labirynt kanałów nawadniających. Gdy wjeżdżamy do miasteczka jest cicho i spokojnie. – Czemu nie wracamy główną drogą? – pyta Maćko. Bo tak będzie ciekawiej, myślę w duchu i raźno pedałuję do przodu. Ścieżka z ubitej ziemi jest wąska i kręta. Każdy z mijanych po drodze domków jest mały, wybudowany z betonu lub blachy falistej, z niewielkim tarasem. „Posesje” otaczają siatkowe płotki. W porównaniu z kolonialną zabudową centrum, domami w kolorze spalonej ochry, stojącymi wzdłuż rzeki maleńkimi hostelami i restauracyjkami, to to, co tu widzimy, przypomina bardziej slumsy, niż ubogą dzielnicę mieszkalną. – Ty to masz dar do wyszukiwania takich atrakcji! – po czterdziestu minutach błądzenia po okolicy i ja zaczynam mieć już dość tych ubogich widoków. Na szczęście docieramy do głównej, asfaltowej drogi, prowadzącej do centrum. Ruch jest tu już znacznie większy i muszę skupić się na zdecydowanych działaniach drogowych. Co jednak ważne: na skrzyżowaniach są światła, które znacznie ułatwiają poruszanie się. Niestety, oprócz szalonych Wietnamczyków na skuterach i rowerach, mijają nas również grupki turystów. Francuzi, Włosi, Niemcy, niczym spłoszone łanie w stadzie, niezdecydowani, zagubieni lub z głową w chmurach, nie zwracają uwagi na nic i na nikogo. Stanowią nie lada zagrożenie. Nagle śmiga koło mnie młody Wietnamczyk na skuterze. Aż mną zakołysało. – Jak cię dogonię, to tak cię huknę, że zostanie tylko kask w sandałkach! – krzyczy za piratem Maciek, który chyba również stracił na moment równowagę.

DSC_0171

U tej Pani kupiliśmy kilka lampionów ;)

DSC_0212

Na prom, kto chce dostać się gdzieś dalej. Skutery na lewo, rowery na prawo!

DSC_0218

Krabik na kolację? Kto ma sumienie go zabić?

DSC_0221

Na bazarze można kupić świeże owoce, warzywa i ryby…

DSC_0318

Kazimierz Kwiatkowski :) Wielki Polak w tych stronach!

Centrum Hoi An to jeden wielki zabytek, który kusi turystów słodkimi sklepikami, wyszukanym restauracyjnym jedzeniem i aromatycznie pachnącą kawą, podawaną w kawiarniach. Tu pieniądze szybko się rozchodzą, a ceny są dwa razy wyższe niż w Hanoi. Chcąc zobaczyć jak najwięcej atrakcji, warto kupić bilet łączony na pięć obiektów, w cenie 120 tysięcy dongów. W XVI w. Hoi An było jednym z najważniejszych portów Morza Południowochińskiego, nazywanego przez miejscowych Wietnamskim. Dzięki ogromnemu napływowi kupców z Chin, Japonii, a nawet Europy, miasteczko ma niepowtarzalny charakter, bo po wszystkich tych kulturach coś w nim pozostało. Jednym z najważniejszych zabytków jest Most Japoński, skrywający w swym wnętrzu buddyjską świątynię. Ten jedyny na świecie zabytek łatwo zauważyć nie tylko dlatego, że jest przerzucony nad kanałem, ale też z powodu ogromnych ilości turystów, jakie się przy nim zbierają. – Nawet tu jesteśmy! – śmieje się Maciek, a mnie od razu robi się ciepło na sercu. Na jednym z placów w Hoi An stoi pomnik wielkiego Polaka – Kazimierza Kwiatkowskiego, który uratował miasteczko przed zniszczeniem. W latach 90. XX wieku ówcześni architekci postanowili zburzyć zniszczone już domy i postawić w ich miejsce betonowe bloki. Na szczęście pracami konserwatorskimi w pobliskim My Son kierował pan Kwiatkowski, który się temu pomysłowi sprzeciwił i wraz ze swoimi współpracownikami odrestaurował i przystosował do ruchu turystycznego serce Hoi An. Mieszkający tu Wietnamczycy kochają go za to ogromnie. Hoi An wygląda pięknie o każdej porze dnia, ale szczególnie romantycznie prezentuje się nocą, gdy kolorowe lampiony, rozwieszone na ulicach, w restauracjach i kawiarniach, oświetlają swym ciepłym blaskiem najbliższą okolicę. Tu rzeczywiście można zapomnieć o Bożym świecie, choć ilość turystów jest wprost oszałamiająca.

DSC_0389

Ruiny My Son to największa atrakcja okolicy 😉 Warto się wybrać.

DSC_0443

Spacer uliczkami Hoi An to czysta przyjemność. Szczególnie gdy świeci słońce.

DSC_0440

W tle Japoński Most i sieć do łowienia ryb. Dwa ważne zabytki.

DSC_0332

Wiele świątyń jest szalenie bogato zdobionych ;)

Największą atrakcją w najbliższej okolicy, oprócz Hoi An, są ruiny kompleksu świątyń hinduistycznych, powstałych w okresie między IV a XV w. n.e. – My Son. W 1999 roku to niezwykłe sanktuarium religijne Czamów wpisane zostało na listę zabytków światowego dziedzictwa. W jedną stronę, do pochłanianej przez dżunglę świątyni, jedziemy autokarem. Za oknem plantacje kokosów i pola ryżowe. Wśród tych drugich pysznią się gdzieniegdzie  kolorowe kopuły nagrobne, które wyglądają, jak bezludne wyspy, rozrzucone pośród bezkresu zieleni. W drugą stronę płyniemy łodzią. Na obydwu brzegach, od czasu do czasu, dostrzegam maleńkie wioski, miasteczka i brązowe bawoły, leniwie skubiące trawę. Pojedynczy rybacy, w łódeczkach jak skorupki orzecha włoskiego, czekają cierpliwie na połów, który wieczorem z procentem sprzedadzą  restauracyjnym kucharzom. Życie toczy się leniwie, powoli…
Najpierw słyszę pianie koguta. Nakrywam głowę poduszką, ale upiorny dźwięk i tak dociera do moich uszu. Otwieram niechętnie oko, za oknem nadal jest ciemno. Po chwili do tego pierwszego dołączają się kolejne koguty i już nad całym miastem unosi się ich pienie. Zła, chcę wrócić do łóżka, ale słyszę kołatki. Ich melodyjny odgłos jest przyjemnie kojący. Po chwili dołącza do nich jednostajny śpiew, przypominający mantrę. Do tego wszystkiego dochodzą nieśmiałe jeszcze odgłosy klaksonów i warkot skuterów. O co chodzi? Jest czwarta nad ranem. Budzę Maćka, który patrzy na mnie, jak na wariatkę, gdy mu oznajmiam, że idziemy poszukać kołatek. Lekko zaspani wyjeżdżamy rowerami na drogę. Nasłuchując, błądzimy słabo oświetlonymi ulicami. Skąd ta melodia dochodzi? Wreszcie pomiędzy kilkoma budynkami, w jednej z bocznych uliczek, dostrzegamy maleńką świątynię. To tam. Jedziemy powoli, bo w naszym kierunku ruszyła sfora psów. Z duszą na ramieniu dojeżdżamy pod bramę, a tam młody Wietnamczyk w długich garniturowych spodniach, białej koszuli i drucianych okularach na nosie, zaprasza nas szerokim gestem do środka. Wchodzę, Maćka jednak zatrzymują psy. Otoczyły go dookoła i zawzięcie szczekają. – Jest pan w krótkich spodenkach – śmieje się chłopak. – Do świątyni nie wolno wchodzić mężczyznom w takich spodenkach. Psy o tym wiedzą. To główni opiekunowie tego miejsca. Maćko filuje więc zza płota, otoczony przez psią watahę, a ja siadam na schodkach i przyglądam się mnichom oraz wiernym, pogrążonym w medytacji. Otaczająca mnie aura spokoju i poczucia bezpieczeństwa jest obezwładniająca. Gdyby nie częste poszczekiwania psich stróżów, pewnie zostalibyśmy tu do rana.

2014-11-15 15.33.10

Tak oto wygląda najlepsza jadłodajnia w mieście!

I znowu siedzę na maleńkim, plastykowym taborecie, z brodą na kolanach i czekam niecierpliwie na naszą kolej w dostawie jedzenia. Drobna, starszawa Wietnamka na niewielkim grillu smaży szaszłyki. Z przepastnych koszy, z plastykowych torebeczek nakłada ręką na metalową tacę zieleninę, kilka papierów ryżowych – jedne cieńsze inne grubsze. Ustawia miseczki z  trzema rodzajami sosów. Jeszcze tylko kilka szpatułek z mięskiem i z bezzębnym uśmiechem odwraca się w moją stronę. Rany, jak to pięknie pachnie. Maćko umiejętnie rozpłaszcza pupsko na taborecie obok mnie, i siada tak, aby o jego długaśne nogi nie zabił się żaden Wietnamczyk. Siedzimy pod płotem, na jednej z uliczek prowadzących do centrum turystycznego Hoi An. – I co teraz? Jak to się je? Nie mam bladego pojęcia. Rozglądam się dookoła, chcąc podejrzeć sposób pałaszowania szaszłyków. No cóż, chyba trzeba zawinąć wszystko w papier ryżowy i gotowe. Siedząca obok nas para młodziaków, patrzy na mojej kulinarne działania z ogromną dozą niesmaku. Chłopak coś szepcze do dziewczyny, a ta, z przepraszającym uśmiechem, podchodzi do mnie i bezceremonialnie odbiera mi niekształtne zawiniątko. Najpierw gruby i wilgotny placek ryżowy, na to jeden z sosów, garść zieleniny, kolejny sos i patyczek z mięsem. Rolujemy i zawijamy w cienki papier ryżowy, który jest zdecydowanie bardziej sztywny. Następnie energicznym ruchem wyszarpujemy patyczek i tak sporządzony spring rolls maczamy w trzecim sosie. Cała lekcja odbywa się na migi, wspomagana słodkimi uśmiechami i potakującymi kiwnięciami głowy. Nasza wdzięczność jest ogromna, a szczęście malujące się na twarzy po pierwszym kęsie, wzbudza zadowolenie nie tylko u kucharki, ale wszystkich biesiadników tej prowizorycznej jadłodajni. Cud, miód, malina. Stołujemy się tu każdego dnia.
Kilka leniwych dni spędzamy w cudownym, eleganckim i będącym tylko do naszej dyspozycji hotelu w Mui Ne. To musi być raj.

DSC_0479

Nasz hotel, boska enklawa w nadmorskim kurorcie.

DSC_0473

Plażą można dojść do miasteczka, tylko po co?

DSC_0498

Zachód słońca w Wietnamie!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *