DSC_0832

Szczypta Indochin – tunele Cu Chi i Delta Mekongu

Jesteście z Polski? – pyta z ciekawością nasz przewodnik, a my potakująco kiwamy głowami. – Od ataku na wasz kraj rozpoczęła się druga wojna światowa, a na naszym, w połowie lat 70., się zakończyła. Siedzimy w maleńkim mikrobusie i od ponad godziny usiłujemy wyjechać z Sajgonu, do którego przyjechaliśmy raptem kilka godzin temu. Czteropiętrowe budynki, ciągnące się wzdłuż trzypasmowej ulicy, sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały się rozpaść Przypominają domki z kart. W wielu blokach, w miejscu, gdzie powinno być kolejne mieszkanie, znajduje się jedynie osmalona, czarna dziura.

DSC_0803

Okolica naszego hostelu, Sajgon 2014 rok.

Pożary w Ho Chi Minh to powszechne zjawisko. Wielu ludzi nie ma w mieszkaniach kuchenek i gotuje na butlach gazowych. Zdarza się, że starsze osoby zasną lub biegające po domu dzieciaki coś potrącą i pożar gotowy. Zaczynacie czy kończycie zwiedzanie Wietnamu?Niestety kończymy – mówi ze smutkiem Maćko, który w pierwszych minutach naszego pobytu w Sajgonie stwierdził, że chce wracać do Hanoi. – Byliśmy na południu i nad Morzem Wschodniochińskim…W Wietnamie to Morze Wietnamskie, a nie Chińskie! My tu za bardzo za Chińczykami nie przepadamy. Ich towary są kiepskiej jakości, ludzie nie są mili i robienie z nimi interesów raczej nie przynosi korzyści finansowych – wyjaśnia nasz przewodnik, Tom. Bynajmniej nie jest on bladą twarzą, ale uważa, że biali nie potrafią właściwie wymówić jego wietnamskiego imienia, więc, aby go nie kaleczyli, wymyślił, że będzie nazywał się Tom. – To dlatego po ulicach jeżdżą same japońskie skutery? – pyta z ciekawością Maćko. – Tak, bo gdybyśmy kupowali chińskie, pewnie rozpadły by się podczas pierwszego ulewnego deszczu! Listopad to pora deszczowa w Wietnamie, ale jak do tej pory, nie mieliśmy przyjemności doświadczyć choćby jednej kropli deszczu. Na błękitnym niebie nie ma ani jednej chmurki, a temperatura już dawno przekroczyła 35 stopni.

DSC_0551

Bazar Cho Ben, można tu wpaść nie tylko na zakupy ale również na lunch ;)

Sajgon, nazywany obecnie Ho Chi Minh, nie przypadł nam do gustu. Okupowany przez tłumy zachodnich turystów, przelewających się po ulicach centrum wieczorową porą, w niczym nie przypomina wspaniałego Hanoi. McDonald’s, KFC, Pizza Hut to jedne z tutejszych, licznie obleganych restauracji, w których Wietnamczycy i biali napełniają swoje brzuchy. Szczerze mówiąc dopiero tutaj, po raz pierwszy w Wietnamie, zobaczyłam otyłe dzieci, które podczas lekcji WF, odbywającej się na jednym z miejskich skwerów, biegały dookoła klombu, jak opasłe słoniątka. Po starej kolonialnej zabudowie pozostało bardzo niewiele: kilka budynków, katedra, budynek poczty… A szkoda, bo współczesny Sajgon, to miasto jak wszędzie, to szkło i aluminium, pnące się wysoko do nieba. Większość turystów robi zakupy na bazarze Cho Ben, w samym sercu Sajgonu. Można tu kupić wszystko od ciuchów, po pamiątki, przyprawy i inne niecodzienne przedmioty. My najczęściej korzystamy z jego części „restauracyjnej”, czyli maleńkich straganów z jedzeniem i świeżymi sokami. Raz nawet pokusiliśmy się o kawę po wietnamsku na zimno, z ogromnymi kawałkami kruszonego lodu. Raz się żyje, a wódka Hanoi całkiem dobrze się sprawdza, jako środek odkażający po posiłku.

DSC_0576

Nasz przewodnik Tom w wejściu do jednego z tuneli. Kto się zmieści?

Tak więc, siedzimy teraz w mikrobusie i opuszczamy Sajgon na cały dzień. Cel podróży: tunele wietkongu, Cu Chi. Liściasty las sprawia mało sympatyczne wrażenie. Drzewa są tu stosunkowo niskie i oddalone od siebie, ale pomiędzy nimi rosną gęste krzaki. Wszędzie coś bzyczy, a duchota, wisząca w powietrzu, odbiera resztkę zdrowego rozsądku. Tom pokazuje niewielki otwór w ziemi – To jedno z wejść do tuneli. Patrzę i nie wierzę, że ktoś może tam wejść. Ale Tom zdejmuje plecak i wślizguje się do środka. – Ktoś chce spróbować? Po pierwsze, nawet kolana mi się tam nie zmieszczą, a po drugie, chyba padłabym na klaustrofobię po pierwszej minucie. Z przeszło 200 km tuneli, do naszych czasów zachowało się 120 km. Z ogromną dumą Tom co chwila podkreśla, że są one wszystkie drożne i jeśli tylko będzie taka konieczność, można z nich bezpiecznie korzystać. No cóż, uważam, że to wspaniała perspektywa na przyszłość. Taki parasol bezpieczeństwa dla Wietnamu. – Zawsze jesteśmy gotowi – podkreśla Tom, a po moich plecach przechodzą ciarki. Przy prezentacji wszelkiego rodzaju zapadni, pochylni, czy latających, drewnianych pieńków, nabitych gwoździami, robi mi się słabo. Wojna to bezduszna machina śmierci.

DSC_0587

Jeśli ktoś ma ochotę postrzelać z karabinu, zapraszam.

Kolejna atrakcja to strzelnica. Dziesięć strzałów z karabinu maszynowego to koszt 10 $, z działka przeciwpancernego 20 $. Przy każdym odgłosie wystrzału wzdrygam się na całym ciele i mimowolnie kulę głowę. Jeden pojedynczy huk już działa przerażająco, a co dopiero cała kanonada. Na lunch dostajemy do skosztowana tapiokę, czyli maniok. – Tym żywili się mieszkańcy tuneli. Smak jest mdły, mączny i mało zachęcający, ale na pewno zapycha pusty brzuch.
Ostatnim punktem wycieczki jest spacer tunelem. – To atrakcja tylko dla wytrwałych – wyjaśnia Tom, a ja patrzę na grupkę hindusek, ubranych w długie i bajecznie kolorowe sari, które z racji na swoje kształty, po prostu nie mieszczą się w wejściu do tunelu. Tunel ma 30 metrów długości, a co dziesięć metrów specjalne wyjścia. Wchodzę do szerokiego dołu i wyrytymi w ziemi schodkami schodzę jeszcze pięć stopni. Otwór jest wąski i ciemny. A co z pająkami i innymi robalami? Jeszcze nie weszłam do środka, a już zaczynam panikować. Idę, a raczej pełznę w kucki lub na kolanach. Nic nie widzę, oprócz, majaczącego gdzieś w oddali, słabego światła latarki naszego przewodnika. Jest duszno, nie ma czym oddychać. Brak tlenu raczej nie sprzyja spacerom. Czuję, jak pot cieknie mi po plecach. Nagle robi się strasznie nisko i wąsko. Zaczynam się obawiać, czy Maćko się zmieści. Czy w ogóle jakikolwiek człowiek z Europy się tu zmieści? Chyba zdarłam sobie kolano. Chcę wyjść stąd i to natychmiast. Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Nagle wpadam na plecy Toma. – Pierwsze wyjście – wskazuje drabinkę prowadzącą w górę. W nosie mam, co sobie inni o mnie pomyślą, ja chcę na powierzchnię. Słońce razi potwornie, gdy wychylam głowę ponad ziemię i pokrywające ją liście. Jakość powietrza znacznie się poprawia, choć i tak jest bardzo duszno. Jestem spocona, umazana ziemią i oczywiście zdarłam sobie skórę z kolana. Za mną wychodzi Maćko i cała reszta grupy. Nie tylko ja poniosłam fiasko. – Przeszliście zaledwie dziesięć metrów – śmieje się z nas Tom, a mnie w głowie się nie mieści, że w tych tunelach przez szereg lat żyły i mieszkały całe rodziny. Tunele, to swojego rodzaju labirynt, wykopany na kilku poziomach. Jest część mieszkalna, sypialnie, zbrojownie, składy amunicji itd. Kominy kuchenne oddalone od głównych obozowisk o kilkanaście metrów, tak, aby wychodzący dym zmylił przeciwnika. W tunelach było również wiele zakamarków i ślepych zaułków. Gdy wszedł do nich wróg, to raczej nie wychodził żyw na powierzchnię ziemi. W niektórych miejscach czekały na niego jadowite węże i pająki, w innych seria z karabinu lub bezlitosne zapadnie nabite gwoździami. Tunele wietkongu, to swoistego rodzaju paradoks. Z jednej strony enklawy życia, z drugiej cele śmierci.

DSC_0600

Dobry wujek Ho Chi Minh i my.

Z racji tej, że w Sajgonie nie jesteśmy w stanie wytrzymać dłużej niż kilka godzin, wyruszamy na kolejną całodzienną wycieczkę. Tym razem czeka na nas Delta Mekongu. Mekong to najdłuższa rzeka na Półwyspie Indochińskim, ale tak bezkresnego ogromu wody jednak nie spodziewałam się. Kiedyś, podczas wyprawy na Ukrainę, chyliłam czoło przed majestatem Dniepru, ale gdzie mu tam do Mekongu. Woda ma kolor bury, ale jak tłumaczy nasz przewodnik Mik, to dlatego, że jest pora deszczowa. – Normalnie woda ma kolor zielony – mówi dumnie kolejny Wietnamczyk o zachodnio brzmiącym imieniu. W jednej z wiosek, do której przybijamy po godzinnym rejsie, zostajemy zaproszeni na degustację wódki „żmijówki”. W okazałej butelce, w rdzawym płynie, zatopiona jest żmija. Fachowo zwinięta, „siedzi” na swoim ogonie, a na końcu wyprostowanej szyi, dumnie unosi się łeb gada z rozdziawioną paszczą. „Żmijówka” w smaku przypomina kiepskiej jakości bimber, po którym z dużym prawdopodobieństwem będzie bolała cię głowa. Na marginesie przypominam, że „żmijówki” nie wolno wywozić z Wietnamu, ani przywozić do Unii Europejskiej. To jeden z towarów zakazanych.

DSC_0740

Żmijówka, nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Delta Mekongu zachwyca urodą i panującym tu niespiesznym trybem życia. Maleńkie wioski, wyrastające dookoła rwącego nurtu rzeki, gęsto porastają wysokie, wspaniałe palmy, przez liście których przebijają się złociste promienie słońca. Motyle i owady latają ponad naszymi głowami, gdy, wąską asfaltową drogą, idziemy przez środek maleńkiej wioski. Białe, otynkowane domki wyrastają wśród kolorowych ogrodów i gajów palmowych. Istna sielanka. Dzięki labiryntowi kanałów wodnych bez problemu można przedostać się z jednego miejsca do drugiego. Palmowe liście tworzą naturalne tunele, osłaniające płynących łodziami ludzi. Raj na ziemi.

DSC_0708

Delta Mekongu jest szczególnie piękna w słoneczny dzień.

DSC_0765

Spacer po okolicy to czysta przyjemność.

DSC_0769

Wioskowa uliczka…

DSC_0798

Wyluzowany Maćko, tylko pozazdrościć :)

Po kilku godzinach nad nasz raj nachodzą jednak gęste, czarne chmury. Sceneria zmienia się diametralnie. Palmy stają się wysokie i niedostępne. Ich liście, uderzające jedne o drugie, wydają dość przerażający odgłos. Woda w kanałach nabiera burego koloru, a gliniasty brzeg staje się niebezpieczny i wciąga niczym bagno. Pierwsze krople deszczu są tak ogromne, że rozbryzgując się o wodę, powodują uniesienie się tysiąca drobnych kropelek. Nasza wąska łódeczka kołysze się raz na prawo, raz na lewo. O plastykowy daszek bębni deszcz. Jestem już cała mokra, mimo prowizorycznej ochrony. Deszcz pada z góry, a od dołu uderzają we mnie rozbryzgujące się wody Mekongu. Mimo tego nadal jest parno i duszno. Gdybym miała tu przetrwać sama w porze deszczowej, pewnie bym padła już drugiego dnia.
Deszcz dopada nas również w Sajgonie, gdy wracamy z kolacji, którą zjedliśmy w naszej ulubionej restauracji na placyku, kilka uliczek za naszym hostelem. Gdy przyszliśmy tu po raz pierwszy, czekaliśmy na obsługę ponad trzydzieści minut, bo nikt z kelnerów nie mówił po angielsku i nie chciał do nas podejść. Menu, które wręczyła nam wreszcie właścicielka lokalu, było oczywiście po wietnamsku, więc na migi, łamanym angielskim i przy pomocy gestów, złożyliśmy zamówienie. Jedzenie było pyszne. Następnego wieczoru, kilka stolików dalej usiadła francuska rodzinka, która z dużym zainteresowaniem przyglądała się nam z ulicy poprzedniego dnia. Zasada, że należy jeść tam, gdzie jest dużo miejscowych, sprawdza się zawsze, a czujny turysta, który wypatrzy w tym tłumie blade twarze, nabiera pewności, że to jest dobre miejsce. Wracając do wspomnianego wyżej powrotu z kolacji (mimoza w sosie czosnkowym, surowa wołowina marynowana przez cztery dni, ryż z warzywami i inne pyszności) dopadł nas deszcz. Deszcz, a raczej urwanie chmury, które w ciągu zaledwie kilku minut zamienia ulice w rwące potoki. I jak tu iść dalej? Po prostu tak, jak miejscowi, brodząc po kolana w wodzie i mocno trzymając palcami u stóp klapki, tak, aby ich nie zgubić. A dookoła nas dorośli i dzieci, skutery, samochody, resztki jedzenia i inne „wspaniałości”, rzucone na uliczny bruk. Boże, coś obślizgłego przyczepiło mi się do kostki. To chyba makaron… Gdy docieramy do suchego lądu, mija nas uśmiechnięta para cudzoziemców, która podobnie jak my, zdecydowała się poznać wszystkie uroki życia w Wietnamie. Palec wskazujący do góry, szeroki uśmiech i do przodu. Wariaci? Nie, tacy sami, jak my, podróżnicy.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *