DSC_0012

W kręgu ognia – Z Dżakarty do Yogyakarta Cz. I

Po kilkudniowej przerwie wracamy do gry. Niestety „Luty miesiącem Azji” przejdzie na marzec, bo najnormalniej w świecie nie wyrobiłam się z programem. Jak to w podróży często bywa, plany zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Zatem zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy: po Malezji i Wietnamie pora na Indonezję!
Prawdę mówiąc nie mam specjalnej chęci na pisanie o Indonezji. Nie oczarowała mnie w takim stopniu, jak Wietnam czy Malezja. Poprosiłam nawet o wsparcie Maćka, ale on ograniczył się jedynie do stwierdzenia: „Goreng to świństwo. Koniec podróży.” Szczerze mówiąc obawiam się, że będziemy jedyni, którzy narzekają na Indonezję, indonezyjskie jedzenie i na, rozsławioną przez większość turystów, wyspę Bali. No cóż, mówi się trudno i pisze się szczerze. Zapraszam.
Do Dżakarty, stolicy Indonezji, dolecieliśmy wczesnym wieczorem i zanim opuściliśmy lotnisko okazało się, że mamy nowych znajomych: Elwirę i Artura, którzy na jedną noc zatrzymali się w tym samym hotelu, co my, i również mieli w planach późniejszy pobyt na Bali. Jak się szybko okazało ich plan podróży był jednak znacznie bardziej intensywny niż nasz, który z racji na moją złamaną w kilku miejscach stopę, zaledwie półtora miesiąca wcześniej, ograniczyliśmy do minimum. Ruch na lotnisku w Dżakarcie i wokół niego jest szalenie intensywny. Prym wiodą samochody z napędem na cztery koła i panoszące się wszędzie skutery. Jednak w porównaniu z Wietnamem, odgłos klaksonów nie towarzyszy tutaj każdej podejmowanej na drodze decyzji. Po czteropasmowej ulicy porusza się koło siebie siedem samochodów, i jak to w Azji często bywa, wyznaczonymi pasami, światłami czy znakami drogowymi przejmuje się mało który kierowca. Toczymy się w gigantycznym korku, wąską ciemną uliczką. Ze wszystkich sił staram się dostrzec jakieś restauracyjki lub kramy z jedzeniem, ale zdaje się, że nic takiego nie ma w pobliżu naszego hotelu. Do tego czterogwiazdkowego budynku, oddalonego zaledwie o trzy kilometry od lotniska, docieramy po prawie godzinie jazdy. Zdani na kanapki klubowe i kolorowe drinki, serwowane na dachu hotelu, patrzymy na migoczące w oddali światła gigantycznej aglomeracji, którą z premedytacją postanawiamy skreślić z naszego planu zwiedzania. Często się mówi, że to, co nocą jest straszne, w dzień wygląda wspaniale lub na odwrót. W przypadku okolic naszego hotelu teoria ta się jednak nie sprawdza.
Po śniadaniu wyruszamy z powrotem na lotnisko. Droga wyjazdowa z obiektu przypomina off road po wysypisku śmieci. Ubrany w elegancką liberię Indonezyjczyk otwiera bramę, z której wielkimi płatami schodzi farba, odsłaniając ogromne połacie rdzy. Ponownie jesteśmy na wąskiej drodze dojazdowej do lotniska. Tym razem jednak, ku swojej rozpaczy, dostrzegam otaczający nas świat. Blaszane, chylące się ku upadkowi domostwa, otaczają sterty śmieci. Brud wygląda z każdej szczeliny i każdego zakamarka. Pomiędzy domkami, od czasu do czasu, wystaje nagrobna płyta. Nie powinno to robić na nas wrażenia, bo zwyczaj chowania zmarłych „przy domu” przerabialiśmy już w Wietnamie. Jednak tu, w scenerii pozbawionej zieleni, drzew, pól ryżowych i krzewów, wśród śmieci, blach falistych i siatek,  wygląda to niesamowicie smutno. Pomiędzy grobami bawią się małe dzieci, często biegające na golasa, a w ziemi grzebią kury i psy. – Swoisty krąg życia – szepcze do mnie Maciek i z ciekawością wygląda przez okno. Intensywność tych obrazów potęguje niczym niezmącony błękit, wiszącego nad naszymi głowami nieba. Popijając ekspresso w jednej z lotniskowych kawiarni, widzę maleńkiego karalucha, szybko przebiegającego po mojej nagiej stopie.
Pamiętacie, jak pisałam, że w Sajgonie nie ma czym oddychać? Zatem informuję wszystkich zainteresowanych, że duchota w Ho Chi Minh to pestka w porównaniu z tym, co ma miejsce w Yogyakarta. Tu nie ma powietrza. Tu jest lepka zawiesina, unosząca się wśród ulic, pomiędzy budynkami i ciasnymi, ciemnymi zaułkami. Jest duszno, parno i nieprzeciętnie gorąco. W południe, na ulicach nie ma żywego ducha. Nawet koty i karaluchy siedzą w cieniu, czekając na popołudniowe powiewy ciepłego wiatru.

2015-11-13 16.38.13

Jedna z bocznych uliczek w mieście

2015-11-13 16.39.33

Po starej zabudowie zachowało się wiele elementów ;)

Zmęczeni po podróży, wyściubiamy nosy z naszego hostelu dopiero koło szesnastej, co i tak okazuje się zbyt wczesną porą. Nie mając jednak sił, by wrócić do klimatyzowanego pomieszczenia, wleczemy się noga za nogą wąskim chodnikiem w stronę Jl. Malioboro, najbardziej turystycznej ulicy miasta. Od czasu do czasu robimy przystanki w wyludnionych kawiarniach. Ja sączę lemoniadę, podawaną w słoikach z kolorowymi słomkami, Maćko zadowala się schłodzonym piwem Bintang. O jedzeniu nawet nie jesteśmy w stanie myśleć. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że większość atrakcji turystycznych, znajdujących się w mieście, otwarta jest od wczesnych godzin porannych do czternastej po południu. Później można zobaczyć jedynie … zamknięte na kłódki bramy wejściowe. Na ulicach prym wiodą skutery i riksze, sprawnie manewrujące między rurami wydechowymi innych pojazdów. Białych twarzy jest stosunkowo mało. Wśród turystycznego towarzystwa, jeśli już jakieś udaje się spotkać, prym wiodą Japończycy, Chińczycy i Malezyjczycy. Boczne uliczki, podobnie jak główne, sprawiają wrażenie opuszczonych i strasznie zaśmieconych. Od czasu do czasu mijamy, rozstawiające się na chodnikach, kramy z jedzeniem. Palenisko na wózku, szklana lada, za którą dostrzegam kawałki mięsa w sosie, poszatkowane warzywa i inne niezidentyfikowane produkty. Przy wąskim stole, a raczej drewnianej desce, ustawione są taborety. Całość lokalu odgradza od ulicy plastykowa płachta, zapewniająca swoistego rodzaju intymność biesiadującym za nią klientom. Nic jednak nie wygląda apetycznie.

2015-11-13 16.10.14

Takimi zaułkami dotarliśmy do jedynej w swoim rodzaju galerii sztuki.

2015-11-13 16.16.44

Durian w naturalnym środowisku. Lepiej omijać z daleka

Stoimy na skrzyżowaniu lekko zdezorientowani. – I gdzie teraz? – pyta Maćko, a ja tępo wpatruję się w mapę. Czuję, jak po plecach cieknie mi stróżka potu. Moje policzki pokrywa krwisty rumieniec, a włosy, dopiero co umyte, oblepiają kark. Złamana przed paroma tygodniami noga strasznie spuchła. Zaraz zacznę krzyczeć z rozpaczy. – Zgubiliście się? – zaczepia nas szczupły, niewysoki mężczyzna. Płynną angielszczyzną, bez zbędnych ceregieli, oferuje nam pomoc. Idziemy za nim jak owieczki na rzeź. – Większość zabytków jest już zamknięta, ale znam świetne miejsce, do którego trafia mało turystów. Zaprowadzę was tam. Z powodu upału nie jesteśmy w stanie jasno myśleć. Jedna uliczka, i kolejna, jeszcze węższa od poprzedniej. Robi się coraz ciszej. Bezustanny gwar uliczny zostawiamy za plecami. Mijamy kolejne, wysokie, betonowe płoty, za którymi znajdują się sympatyczne domki, otoczone maleńkimi ogródkami. Do moich uszu docierają trele ptaków. Jak tu spokojnie. Tylko, gdzie my u diabła jesteśmy? Od dłuższego czasu nikt nas nie minął, a w oddali widać jedynie niewielkie grupki mężczyzn. Patrzę na Maćka, ale on jest pochłonięty rozmową z naszym nowym przyjacielem – na temat niemieckiej motoryzacji, która, jak zauważam, jest synonimem tutejszego jednorożca, o którym marzy każdy mężczyzna. – To tu. W tym budynku mieści się jedyna w swoim rodzaju galeria sztuki, w której swoje prace wystawiają studenci naszej Akademii Sztuk Pięknych. Warto zobaczyć te wyjątkowe dzieła, które, mówiąc między nami, można oczywiście kupić. No, to pięknie. Daliśmy się nabrać na najstarszy lep na turystów i trafiliśmy do galerii, zajmującej się sprzedażą batików. Po chwili siedzimy na drewnianych, wspaniale rzeźbionych fotelach, popijamy mrożoną herbatę, podaną w szklankach, których czystość pozostawia wiele do życzenia, i łapczywie wystawiamy się na zimne podmuchy, otaczających nas wiatraków. – Już za samą możliwość obcowania z tymi wiatrakami, warto było tu wpaść – śmieje się Maciek, kiwając potakująco głową w stronę właściciela galerii, który z ogromnym przejęciem zdradza nam tajniki tworzenia batiku. Po godzinie wychodzimy z kolorowym zwojem materiału do oprawienia. Na żółtym tle, w granatowych barwach pyszni się jeden z tutejszych bogów. – Czemu upiera się pan właśnie przy tym batiku? – dopytuje się właściciel. – Bo przypomina mi moją teściową – odpowiada zaczepnie Maciek. Mina Indonezyjczyka jest bezcenna, tak samo, jak upust 50%.
Jest już szaro, gdy udaje się nam dotrzeć na Jl. Malioboro. Gwar, tłok, unoszący się z maleńkich grilli dym, osnuwający okoliczne stragany z ubraniami i plastykowym badziewiem dla dzieci. Tak można w kilku słowach opisać główne atrakcje tego miejsca. – Samochód do wynajęcia! Wycieczki do największych okolicznych atrakcji! Zatrzymujemy się. Jutro musimy udać się do Prambanan i Borobudur, może właśnie z tym człowiekiem? Rozmawiamy kilka minut i umawiamy się na jutro, na trzecią nad ranem, pod naszym hostelem.

2015-11-13 17.16.23

Lokalna jadłodajnia… Kto ma ochotę coś przekąsić?

2015-11-13 17.25.32

Przystanek autobusowy.

W drodze powrotnej z niemałym niesmakiem patrzymy na szyldy okolicznych restauracji: kuchnia francuska, włoska, steki. A gdzie kuchnia indonezyjska? Wreszcie, pozbawieni całkowicie nadziei, trafiamy na maleńką restaurację z lokalną garkuchnią. Przy bambusowych stolikach pełno jest tubylców, którzy z wielkim apetytem pałaszują postawione przed nimi potrawy. Siadamy. Zamawiamy po kurczaku z ryżem, świeże soki i… czekamy. Na bambusowych liściach połyskują białe ziarenka ryżu, sowicie skropione złocistym sosem, spod którego wystaje kawałek skrzydełka. Łapiemy widelce, łyżki i pałaszujemy. Po chwili okazuje się, że najlepszy ze wszystkiego jest ryż z sosem, bo mięsa raczej nie możemy znaleźć na naszych talerzach.
Nic to, jutro też jest dzień i będzie lepiej. Jeśli nasz kierowca o nas nie zapomni, za sześć godzin ruszymy ku przygodzie.

2015-11-13 16.40.30

Przydomowa stacja benzynowa ;)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *