DSC_0027

W kręgu ognia – Z Dżakarty do Yogyakarty Cz. II

Znam ten monotonny śpiew, ale kojarzę go głównie z Tunezją, Turcją i Syrią. Niechętnie otwieram oczy i przez dłuższą chwilę zastanawiam się, gdzie ja właściwie jestem. W pokoju jest ciemno. Nikłe światło wpada jedynie przez niewielki lufcik nad drzwiami wejściowymi, zamkniętymi szczelnie drewnianymi okiennicami. Po chwili zaczyna piszczeć telefon Maćka. Trzecia nad ranem, a my nadal jesteśmy w Yogyakarcie na Jawie. Ten śpiew to mułła, wzywający wiernych do pierwszych modlitw.
Pół godziny później witamy się w recepcji z naszym kierowcą Ahmadem i wśród wzajemnych uprzejmości, wsiadamy do samochodu. Na zewnątrz panuje jeszcze noc, jednak ulica budzi się powoli do życia. Po drogach śmigają skutery i samochody, a chodnikami idą mężczyźni. Ciekawe, dokąd o tak wczesnej porze wszyscy zmierzają? – Niektórzy zaczynają pracę. Inni pewnie spieszą się na targ… – wyjaśnia Ahmad. I rzeczywiście kilka ulic dalej widzę tętniące życiem miejsce – lokalne targowisko. – Tu można kupić świeże mięso, ryby i warzywa. Zwalniamy. Na chodnikach stoją kobiety z koszami wypełnionymi zieleniną, a na długich drewnianych dechach, służących za lady, leżą poćwiartowane kawałki mięsa. Kurczaki zamknięte w klatkach czekają na swoich oprawców. – W głębi targowiska są wspaniałe stoiska z przyprawami, po które przyjeżdżają do nas mieszkańcy Bali – Ahmad z dumą drapie się po brodzie. Kilka minut później ponownie zwalniamy, tym razem przy grupie opuszczonych domów mieszkalnych, których niegdyś białe ściany, osmalone są czarną sadzą. – Gdy w 2010 roku doszło do erupcji Gunung Merapi, lawa, poruszając się korytem rzeki, doszła aż do obrzeży naszego miasta. Ludzie musieli uciekać ze swoich domów. Ja sam z żoną i dwiema córkami, spędziliśmy ponad dwa tygodnie po drugiej stronie miasta. Mieszkaliśmy w namiocie. Gdy wróciliśmy na stare śmieci okazało się, że jest nas piątka, a nie czwórka. To znaczy … zastanawiam się w myślach. Na twarzy Ahmada pojawia się szeroki uśmiech. Teraz zwraca się wyłącznie do Maćka, tak jakby mnie w ogóle nie było w samochodzie. – Nocą często się z żoną nudziliśmy. Nie było nic do roboty, więc kochaliśmy się. No tak, tym sposobem różnica wieku między najmłodszą a średnią córką Ahmada wynosi 15 lat.

DSC_0023

Wszyscy w czerwonych koszulkach to uczestnicy maratonu 😉 Borobudur

Do wschodu słońca zostało nam jeszcze czterdzieści minut. Powoli zbliżamy się do Borobudur, buddyjskiej świątyni, która powstała pomiędzy 750 a 850 r. n. e. To jeden z największych obiektów kultu buddyzmu na świecie, wpisany w 1991 r. na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przed nami robi się coraz większy korek. Prawie wszystkie samochody wjeżdżają na teren, przyległego do świątyni, pięciogwiazdkowego hotelu. – Tu za wjazd trzeba zapłacić bardzo duże pieniądze, więc pojedziemy na sąsiednie wzgórze, skąd również roztacza się piękny widok na świątynię. Kiwamy energicznie głowami i wąską serpentyną wspinamy się na wzniesienie. Po niewielkim parkingu biegają koguty. – Tą ścieżką wejdziecie na szczyt. Tylko się pospieszcie, bo do wschodu słońca zostało 10 minut. Jak szaleni dołączamy do pozostałych nieszczęśników, chcących doświadczyć niezwykłych widoków podczas wschodu słońca. Droga jest wąska i stroma. Na rozmokłej ziemi ślizgają mi się buty. Po kilku minutach czuję, że nie mam już sił podnosić nóg do góry, na kolejne stopnie zabezpieczone drewnianymi deskami. Kilka razy się potykam, a o wystający korzeń skutecznie obijam sobie kostkę. Kolka łapie mnie w boku, gdy ostatkiem sił docieramy na szczyt. Gwar ludzkich głosów przewyższają odgłosy, budzącej się do życia, dżungli. Ptaki drą się potwornie, małpy piszczą, a jaszczurki grzechoczą. Podnoszę zamglone oczy i mam wrażenie, że coś jest nie tak z moją widocznością. Czyżbym się aż tak zmęczyła? To nie może być prawda… Przecieram oczy i ku swojej rozpaczy, podobnie zresztą, jak ku rozpaczy pozostałego towarzystwa, widzę najbliższą okolicę, osnutą gęstą mgłą i niskimi chmurami. Nic, ale to nic nie widać. Słońce wzeszło 5 minut temu, a my toniemy w gęstej, jak mleko mgle.

DSC_0030

Bogato zdobione mury w Borobudur

Nie chce mi się wierzyć, że nie ma jeszcze siódmej, a termometr już pokazuje trzydzieści stopni. Przed wejściem do świątyni i wokół niej panuje ogromne poruszenie i tłok. – Dzisiaj jest niedziela i odbywa się wielki maraton – wyjaśnia Ahmad. Patrzę na biegnących po ulicach ludzi. Wszyscy mają na sobie czerwone koszulki. Wśród mężczyzn, którzy stanowią istotną część biegaczy, dostrzegam parę kobiet. Jedna dziewczynka biegnie w szortach, ale ma na sobie bluzę z długim rękawem. Inna w dresie, ma głowę zasłoniętą kolorową chustą. Musi być im strasznie gorąco. W świątyni są prawdziwe tłumy. W morzu ubranych przeważnie na czerwono zwiedzających, suniemy w stronę świątynnego wzgórza. – Idź sama. Ja nie mam siły w tym upale przepychać się między nimi wszystkimi i wspinać się po tych diabelskich schodach na górę. Maćko zostaje na ławce, a ja ruszam na piramidalną konstrukcję świątyni, odzwierciedlającej buddyjską wizję świata. Na pięciu tarasach bogato zdobione reliefy, przedstawiają sceny z życia Buddy. Patrzę z zachwytem na kolejne kamienne płaskorzeźby, gdy nagle podbiega do mnie grupka dziewczynek i pyta, czy może sobie zrobić ze mną selfie. Zaskoczona zgadzam się na pierwsze zdjęcie, ale po chwili mam ich już z dziesięć. Zaczynam się czuć trochę dziwnie, więc wymawiam się przepraszając i oddalam pospiesznie. Niestety tuż za rogiem słyszę tupot nóg i okrzyki: Madam! Madam! Przyspieszam, one również. Z zawrotną prędkością wbiegam na schody i wypadam na trzeci taras. Tu jest przewaga mężczyzn, którzy także zdają się zwracać większą uwagę na blondynkę, niż na świątynię. Robią zdjęcia z ukrycia, stają blisko i niby nigdy nic cyk, cyk, cyk. Źle się z tym czuję i podobnie, jak oni, coraz mniejszą uwagę poświęcam świątyni, za to skupiam się na szybkim kroku i szukaniu samotnego zakamarka. Niestety, w tej sytuacji 72 dagoby, czyli stupy, stanowiące największą atrakcję tego miejsca, oglądam pobieżnie. – Nigdy więcej nie zostawiaj mnie samej – warczę do Maćka, gdy udaje mi się zbiec na dół. Za moimi plecami cały czas niesie się: Madam! Madam!

DSC_0047

A tak oto wyglądają stupy w Borobudur

Kolejny przystanek robimy pod Górą Ognia, czyli wulkanem Gunung Merapi, który wybucha regularnie co parę lat. – Ostatni wybuch miał miejsce w 2010 r. Zginęło 100 osób, a ponad 100 tysięcy zostało ewakuowanych – wyjaśnia nam Ahmad. Na terenie, który jeszcze kilka lat temu pokrywał wulkaniczny popiół, rośnie coraz gęstsza dżungla. Tylko koryto rzeki nadal zieje pustką. Przypomina odarty ze skóry i ścięgien szkielet, który już nigdy nie obudzi się do życia. Zniszczone podczas erupsji domy, są odbudowane i na nowo zamieszkane.

DSC_0102

Wybuch wulkanu w 2010 roku, Jawa, Indonezja

DSC_0104

Na zgliszczach jednego z domów…

Nie boicie się żyć pod wulkanem, który cały czas stanowi zagrożenie? – pyta Maćko. – A jakie to ma znaczenie. My z pokolenia na pokolenie mieszkamy w kręgu ognia. Nic tego nie zmieni. Tu nam dobrze. – Ahmad kiwa głową w kierunku wulkanu – Dymi, a jak dymi znaczy, że nie wybuchnie. Gdy przestanie dymić, to będzie znak, że musimy znowu zamieszkać na pewien czas w namiocie. Z naszego terenowego samochodu z klimatyzacją przesiadamy się do wojskowego jeep’a. Tylne siedzenie jest tak nagrzane, że podskakuję jak oparzona, przy pierwszej próbie zajęcia miejsca. Na usta i nos założone mamy maseczki, aby unoszący się wszędzie dookoła nas kurz, nie wywoływał kaszlu. Kamienisto – piaszczystą drogą przemieszczamy się z miejsca na miejsce. Tu zniszczone domostwo, tam widok na puste koryto rzeki. Przy gigantycznych głazach, które kiedyś były wrzącą kulą lawy, robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, podobnie, jak na tle ciągle dymiącego na szczęście wulkanu. Dopiero teraz uzmysławiam sobie, że Indonezja, to tak naprawdę jeden wielki krąg ognia, w którym najgroźniejszym demonem jest Krakatau, sklasyfikowany jako stratowulkan.

DSC_0128

Wulkan Gunung Merapi, Jawa, Indonezja

DSC_0146

Prambanan, gdyby nie ten upał…

DSC_0151

Maćko z parasolem w słoneczny dzień? Takie cuda tylko w Indonezji ;)

Większość ludzi zwiedzających Prambanan, hinduistyczny kompleks świątyń, skrywa się w cieniu parasoli. Ci, którzy ich nie mają, przemykają, jak jaszczurki, pomiędzy drzewami, wysokimi krzewami i murami bogato zdobionych świątynnych zabudowań. Upał jest nie do wytrzymania. Z nieba leje się potworny żar, który wywołuje zawroty głowy i suchość w gardle. Jestem spocona od stóp po czubek głowy. Prambanana robi na mnie znacznie większe wrażenie niż Borobudur i to nie tylko ze względu na to, że nikt mnie nie ściga i nie krzyczy selfie! Świątynne budynki mają w sobie niezwykłą lekkość i delikatność. Dodatkowo są pokryte od dołu do góry kamiennymi rzeźbami. Istne cudo.

DSC_0161

Ściany świątyń w Prambanan są również bogato rzeźbione ;)

DSC_0086

A tak oto wygląda owoc wężowy. Japonki się nimi zażerają. Trzeba jednak bardzo uważać na skórkę bo można się skaleczyć przy obieraniu.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *