Al-Midan Ramadan-M

Zapach Syrii Cz. I – Noc należy do ulicznych handlarzy

Żadna podróż nigdy nie jest taka sama. Czas ucieka, ludzie się zmieniają, a współczesność zbiera swoje, często bardzo smutne i krwawe, żniwo. Dlatego uważam, że warto pamiętać o tym, jak było kiedyś, bo świat, który znaliśmy jeszcze kilka lat temu, może już dziś nie istnieć. W 2002 roku miałam szczęście wybrać się do Syrii, kraju, który od kilku lat trawi potworna wojna. Zapraszam do podróży w czasie, do mojej Syrii …

Syria, 2002 rok Każde miasto ma swój zapach. Jestem typowym „węchowcem”, więc przypadłość ta pozwala mi na niemal materialnie rozpoznawalne skojarzenia. I tak Kopenhaga w Danii pachnie kawą, Hammamet w Tunezji jaśminem i świeżo pieczonymi bagietkami, a Damaszek w Syrii słodko – mdłym zapachem gotowanej kukurydzy. To właśnie ten zapach poczułam wysiadając po raz pierwszy, późną nocą, z autobusu, wprost na ruchliwą ulicę tego niezwykłego miasta.
Droga z lotniska do Damaszku nie należy do najatrakcyjniejszych. Piasek, bezdroża, piasek, blaszak, samochód, piasek, ot i wszystko. W nocy jest jednak znacznie gorzej, gdyż oprócz wszechobecnej ciemności, wdzierającej się w każdą najdrobniejszą szczelinę, nie ma nic. Pierwszymi jasnymi punktami są dopiero rogatki miasta, oświetlone żółtym światłem ulicznych latarni. Samochody, każdej możliwej marki i raczej bardzo wiekowe, zazwyczaj bez świateł lub z jednym działającym reflektorem, prześcigają się z wozami, załadowanymi po same brzegi i ciągniętymi przez, uodpornione na nieustający dźwięk klaksonów, osły. Gdzieniegdzie, na trzeciego, wyprzedzają się wzajemnie jacyś, chyba zdeterminowani lub posiadający samobójcze skłonności, kierowcy motorynek. Poprzyczepiane do ich siodełek wielkie, kartonowe pudła majtają się niebezpiecznie na wszystkie strony. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, rozlewają się niezliczone rzesze przechodniów. Przede wszystkim mężczyzn i młodych chłopców, którzy, trzymając się za ręce, idą blisko siebie przytuleni. Jest późna noc, a tutaj życie dopiero się zaczyna, toczy swoistym rytmem towarzyskich i biznesowych spotkań.
W starym sercu Damaszku, każda uliczka należy do innego rzemieślniczego cechu. Na jednej są warsztaty obuwnicze, na innej sklepy z tkaninami o niesamowitych barwach i wzorach. Tiule, kaszmiry, jedwabie, aksamity, tafty i muśliny czarują swoją różnorodnością i przyciągają wzrok. Zachwycona wyciągam rękę i dotykam jedwabistej faktury tkaniny. Sprzedawca spogląda na mnie niepewnie i gestem ręki zaprasza do środka sklepu, w którym jest cicho i przyjemnie chłodno. Półki uginają się pod belami materiałów, na drewnianych kołkach, przybitych do ściany, wiszą kaszmirowe szale, a pod nogami plącze się czarny kot. Moje silne postanowienie, aby nie wydawać pieniędzy w pierwszych godzinach podróży, spełza na niczym, gdyż nie jestem w stanie powstrzymać kobiecej potrzeby kupowania. Ręcznie haftowany szal idealnie komponuje się z resztą mojego stroju. Lżejsza o kilka funtów syryjskich wychodzę drugimi drzwiami, wprost na rozesłane na środku ulicy wschodnie, miękkie dywany. – Kup, kup, u mnie tanio, prawie za bezcen oddam. Kup, co się zastanawiasz? Jak za drogo, to się dogadamy! Żylasty jegomość w otoczeniu kilku młodszych osobników ostro targuje się ze sprzedawcą dywanów. Kupi cztery jeśli tamten spuści z ceny. Targ trwa w najlepsze. Sprzedawca wymachuje rękoma. W akcie desperacji czyni gesty podrzynania sobie gardła i wyrywania włosów z głowy. Mam wrażenie, że zaraz dostanie zawału serca. Wytargowana cena nie jest jednak taka zła, bo ze szczęśliwym uśmieszkiem przelicza uzyskaną ze sprzedaży dywanów sumę.

9af6314bdd7216cd60ef13d3b878586dNigdzie jednak nie czuję się tak dobrze, jak w uliczce łakoci i smakołyków. Nie wiem na czym mam w pierwszej kolejności skupić swoją i tak rozproszoną już uwagę. Czy na kandyzowanych owocach, ułożonych w eleganckich drewnianych pudełkach i obszernych słojach, czy może na kopcach pistacji, rodzynek i daktyli, a może na smażonych w wielkim kotle pulchnych plackach? Z każdej wystawy nęcą mnie piramidy cukierków, wielkie bloki chałw, wszelkiego rodzaju orzechy w karmelu i moje ukochane, świeżutkie, pachnące i posypane cukrem pudrem rachatłukum w ponad dziesięciu smakach. Osiołkowi w żłobie dano! Zaraz chyba utopię się we własnej ślinie. Na szczęście moja uwaga skupia się na niepozornym stoisku, znajdującym się tuż pod ścianą budynku. Na mocno zużytym stoliku ustawione są dwa wielkie, żeliwne kotły, w których młody mężczyzna zamaszyście macha drewnianą łychą. Zaintrygowana podchodzę bliżej. Szybko dociera do mnie słodki i pieszczący nozdrza zapach wanilii i śmietany. To tutejsza lodziarnia. Patrzę zahipnotyzowana, jak maślana substancja z wyraźnymi drobinkami wanilii, ubijana łychą, cudownie się ciągnie. Zjeść nie zjeść? A salmonella? Warunki sanitarne raczej żadne, ale ten zapach… Łakomstwo nie popłaca, ale raz kozie śmierć. Lodziarz zamaszystym gestem nabiera na łyżkę solidną porcję ciągnących się lodów i upycha ją w waflu. Gdy moje usta dotykają zimnego, aksamitnego deseru jestem pewna, że nigdy wcześniej czegoś tak wspaniałego nie jadłam. Jestem w siódmym niebie kulinarnej rozkoszy.

commons.wikimedia.orgUliczki rzemieślników, po których, mimo późnej pory, spaceruję niespiesznie, to dopiero przedsmak prawdziwego zakupowego szaleństwa, jakie mieści w sobie olbrzymi Souk Al-Hamideiye, czyli historyczny bazar, przyklejony do murów starego miasta. Znęcona blaskiem jubilerskich wystaw zaglądam do jednego ze sklepów i już siedzę w wygodnym królewskim fotelu przy gęstej jak smoła i pachnącej kardamonem kawie. Sprzedawca zdaje się nie słuchać moich wyjaśnień, że chciałam się tylko rozejrzeć. Klaszcze w dłonie, co jest odpowiednikiem rzucenia czaru magiczną różczką, i już po chwili na stoliku pojawiają się aksamitne tace z bransoletami, pierścionkami i naszyjnikami, przyniesione przez poruszających się bezszelestnie subiektów. Zostaję wtajemniczona w kolor złota, wagę i kamienie każdego jubilerskiego cudeńka. Przy okazji dowiaduję się, że jestem nad wyraz piękną kobietą, o nieskazitelnie dobrym poczuciu smaku, która posiada idealną wprost szyję i dekolt do noszenia bajecznego, brylantowego naszyjnika, w który właśnie zostaję przystrojona. Naszyjnik jest piękny, ale mój portfel zdecydowanie zbyt cienki na taką przygodę. Nie jestem również wystarczająco piękna i ponętna, by dostać jubilerskie cacuszko w prezencie.
Na zakupowy luz stać mnie natomiast w sklepach ze starociami. Na zakurzonych półkach stoją stare ramy, cynowe dzbany i komplety do zaparzania kawy, a w przepastnych skrzyniach i donicach, wypchanych po brzegi sztyletami, tabakierami, bransoletami, pierścieniami i wisiorami, znaleźć można prawdziwe skarby. Stare lampy, drewniane, rzeźbione stoliki, miedziane klatki dla ptaków kuszą mnie ze wszystkich stron.
Mijając kolejny sklep staję nagle jak wryta. Przed moimi oczami ukazuje się wystawa bajecznego butiku z damską bielizną. Koronkowe fatałaszki przykuwają wzrok, szczególnie w tak pruderyjnym kraju jak Syria. Gorsety, staniki, pasy do pończoch i podwiązki pysznią się wśród kokardek, koralików i haftowanych kwiatów. No proszę… Przypominając sobie wygląd spotkanych do tej pory kobiet, okrytych od stóp po czubki głów czarnymi czadorami, zaczynam się zastanawiać, po co im tak prowokująca i pobudzająca zmysły bielizna? Co prawda bielizna to nie sukienka, którą można pokazać każdemu, ale tak wyrafinowaną noszą raczej kusicielki, a nie boginie domowego ogniska. – To nie dla ich przyjemności głuptasie – strofuje mnie kolega – to dla przyjemności ich mężów. Mają cieszyć tylko i wyłącznie ich oczy. C.D.N.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *