Latakia

Zapach Syrii Cz. V Kurortowy raj czyli jak zamordowałam karalucha

Syria 2002 rok  Latakia to przepiękny nadmorski kurort – trajkotał nasz przewodnik jeszcze kilka minut temu. I może rzeczywiście kurort to był, ale raczej w poprzednim stuleciu. Już sam podjazd pod hotel pozostawia wiele do życzenia. Z jednej dziury wjeżdżamy w kolejną. Gdybyśmy mieli choć odrobinę zdrowego rozsądku, nie skorzystalibyśmy z noclegu w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu.
To tylko jedna noc – dzwonią mi w uszach słowa kolegi, który oddał walizkę obsłudze hotelowej, a teraz modli się do zamkniętych drzwi windy, która stanęła między piętrami. Z braku laku taszczę swój plecak po schodach ewakuacyjnych na czwarte piętro. Na podłodze mojego dwudziestometrowego apartamentu pyszni się piękny orientalny dywan. Piękny tylko z nazwy, bo tak naprawdę lata świetności ma już dawno za sobą. Oprócz dywanu stałam się tymczasową posiadaczką skrzypiącego łóżka, jednego krzesła, niskiego stolika, o który potknęłam się zaraz przy wejściu, i toaletki bez lustra – któż niby miałby ochotę się w nim przeglądać? W łazience jest wprawdzie wanna, ale w tym momencie żałuję, że nie ma zwykłego prysznica lub chociażby wiadra z czystą wodą. Moje okna, w liczbie dwóch, wychodzą na raczej dziki i pozostawiony prawom natury ogród. Schodzę do recepcji i od razu natykam się na recepcjonistkę, która zaprasza mnie wylewnie na drinka powitalnego, przygotowanego nad basenem. No, no, a może jednak będzie całkiem miło? Basen to ziejąca pustką dziura z odpadającymi tu i ówdzie kafelkami. Ze szklaneczką powitalnego soku idę główną, ogrodową aleją w stronę plaży. Może przynajmniej zachód słońca poprawi mi nastrój? Plaża ma trzy metry szerokości i przyozdabiają ją plastikowe torebki, papierowe kartony po sokach i pety. No cóż, romantyczny nastrój diabli wzięli. Z krzaków od strony hotelu wyłania się czarny kot. Wygląda na niezłego rozbójnika, z lekko zmierzwionym futrem i blizną na uchu. Z pyszczka wystaje mu zwijająca się na wszystkie strony jaszczurka. Świetne miejsce na kolację. Smacznego.
Skrobanie staje się coraz bardziej nieznośne. Skulona leżę na środku łóżka z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w ciemność. Może to mysz, a może szczur, a może jakieś inne paskudztwo? Sprawdzić czy nie? A jak siedzi pod łóżkiem i zaatakuje moje stopy, jak tylko wymacam klapki? Trzeba działać błyskawicznie. Zrywam się szybko, w biegu zakładam kapcie, zapalam światło w pokoju i przelatuję do łazienki. Usiłuję zamknąć prowadzące do niej drzwi, ale coś je uparcie blokuje. Patrzę na futrynę i oczom nie wierzę. KARAKAN lub jak kto woli karaluch, ale rozmiaru tucznej świni. Przytrzasnęłam go porządnie a on cały czas żyje. Co zrobić? Dobić czy reanimować? Nie jestem w stanie przemóc się do udzielenia pierwszej pomocy, więc po raz kolejny zamykam drzwi. Nic z tego, osobnik nadal żyje. Czuję się jak nieudolny kat, który nie umie zakończyć cierpień skazańca. Jeszcze raz i jeszcze raz. Moje makabryczne morderstwo nie pozostaje niezauważone. Spod wanny spogląda na mnie kilkanaście par karaluchowych oczu. Zdają się krzyczeć: morderczyni, morderczyni! Z piskiem, choć wolałabym się do tego raczej nie przyznawać, uciekam z łazienki, po raz kolejny zatrzaskując za sobą drzwi, tyle że tym razem od strony sypialni.
Co za noc. Na miękkich nogach idę umyć zęby. Po karaluchach nie ma śladu, podobnie jak po ofierze mojego występku.
Tuż obok kurortu Latakia znajdują się ruiny Ugadiru – obecnie znanego jako Ras Szamra. W bardzo zamierzchłych czasach było to najważniejsze miasto na wybrzeżu morza Śródziemnego. Od XVI do XIII w. p.n.e. jego mieszkańcy handlowali między innymi z Egiptem, Cyprem, Mezopotamią. To właśnie tu powstało pismo ugaryckie, najstarszy znany alfabet, przejęty później przez greków i rzymian. W chwili obecnej pozostałości po ruinach są w stanie całkowitego zaniku i bardzo trudno wyobrazić je sobie, jako historyczną schedę po wspaniałej cywilizacji. Zamiast turystów teren okupują kury i kozy, które wałęsają się niespiesznie, wyszukując zielonych listków traw. Wypatrując tego, co przetrwało ze starożytnej kultury, czuję się jak bocian, ostrożnie kroczący wśród zarośli i kozich bobków. C.D.N.

Latakia

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *