Ateńskie koty - są wszędzie, 1997 rok.

Na ateńskiej ziemi Cz. I

Było to dawno, dawno temu … jeszcze w XX wieku 😉 Moja pierwsza przygoda z grecką rzeczywistością 😉

Ateny 1997 rok czyli 19 lat temu….

To była szybka decyzja. Tej nocy, lokalnym autobusem wyruszamy do Aten. Pomysł sam w sobie szalenie udany. Dwa bilety, tam i z powrotem, kupione, plecaczek spakowany, a apartament zamknięty. Teraz usiłujemy zasnąć, co wcale nie jest takie proste. Jest druga w nocy, fotele się nie rozkładają, a klimatyzacja wysiadła jakąś godzinę temu. Za oknem, jak zwykle o tej porze, nic nie widać.
Nagle, prawie niespodziewanie, wielka pomarańczowa kula wynurza się z lazurowego morza. Słońce rozpoczyna mozolną wędrówkę po nieboskłonie. W porcie Pireus, gdzie zatrzymuje się nasz autobus, panuje względny spokój, nie licząc śniadych dostawców, którzy uginają się pod ciężarem skrzyń pełnych bananów, pomarańczy, daktyli i fig. Widok jednego z najważniejszych portów basenu Morza Egejskiego jest zachwycający. W oddali majestatyczne statki dalekomorskie, a bliżej eleganckie jachty, żaglówki i łodzie motorowe, które delikatnie kołyszą się na niewielkich falach. Jest wcześnie rano a już czuję, że dzisiejszy dzień będzie tak samo upalny, jak wszystkie poprzednie.
Aby dostać się do centrum Aten, z oddalonego o 10 kilometrów od stolicy Pireusu, łapiemy taksówkę. Rubaszny jegomość w średnim wieku, słysząc język polski rozpromienia się radośnie.
Ja studiował w waszym kraju, w Warszawie na Uniwersytecie – odzywa się do nas prawie płynną polszczyzną – Moja żona jest Polką!
W takim razie, skoro tyle nas łączy – odzywa się moja mama – zawieź nas do taniego i sympatycznego hotelu w centrum.
Za oknem widoki co i rusz ulegają zmianie. Eleganckie osiedla zlewają się z nowoczesnymi fabrykami, zielonymi parkami i gajami oliwnymi. W kawiarniach, mimo, że nie ma jeszcze siódmej rano, panuje spory tłok. To, co jednak najbardziej przyciąga mój wzrok, to bajecznie ukwiecone tarasy i balkony. Ze wszystkich okien zwisają girlandy różnokolorowych kwiatów i powojów, a wszechobecna winorośl szczelnie osłania przed bezdusznym słońcem. Nadal nie mogę wyjść z zachwytu, że na ulicach rosną w najlepsze palmy, a ich ogromne zielone liście górują nad niejednym malutkim, ale za to wiekowym kościółkiem.
Meleciusz, bo tak nazywa się nasz kierowca, z którym już jesteśmy po imieniu, zaprasza nas wieczorem do siebie, do domu. Okazuje się, że mieszka zaledwie kilka ulic dalej od naszego malutkiego hoteliku, położonego u stóp Akropolu. Mama jest wniebowzięta.
O czymś takim marzyłam od dawna. Ateny i my! Super.
Przez szeroko otwarte okno w naszym malutkim pokoiku, docierają do mnie odgłosy miasta. Kakofonia dźwięków otacza mnie ze wszystkich stron. Pisk opon, trąbienie klaksonów, bicie dzwonów, podniesione głosy, śmiechy i …. akordeon. Wychylam się zaciekawiona przez okno w poszukiwaniu grajka. Siedzi na drewnianym taborecie w małym pokoju po drugiej stronie ulicy. Starszy pan w białej koszuli, czarnych spodniach i obowiązkowych szelkach. Ma półprzymknięte oczy i sprawia wrażenie, jakby całą swoją duszę przelewał w muzykę. Patrzę jak zahipnotyzowana i dopiero, gdy nasze spojrzenia spotykają się, niczym spłoszona pensjonarka, chowam się za zasłoną.
W kawiarni naprzeciwko hotelu, vis a vis Akropolu, zamawiamy czarne jak smoła kawy i dwa maślane rogaliki.  Na ateńskich ulicach panuje coraz większy ruch. Motorynki, skutery i samochody. Wszyscy pędzą w nieznane. Gdzieś w pobliżu musi znajdować się bazar, gdyż większość mijających nas kobiet, ugina się pod ciężarem siatek i koszy pełnych kolorowych warzyw i owoców. Starsze Greczynki, w czarnych sukniach lub spódnicach, stoją na przystanku i czekają na autobus. Głośno ze sobą rozmawiają, intensywnie przy tym gestykulując. W pewnym momencie mija je smukła, wysoka i niezwykle piękna dziewczyna. Buty na wysokim obcasie jeszcze bardziej wydłużają jej i tak długie nogi. Chce przejść na drugą stronę ulicy. Pewnie wchodzi na jezdnię, nie zastanawiając się nawet nad nadjeżdżającymi samochodami. Pisk opon, jęki klaksonów, pogwizdywania i kilka męskich, aprobujących uśmiechów. Pewna swego uroku młoda kobieta zdaje się nie zwracać na nic uwagi i tylko starsze Greczynki, stojące na przystanku, z dezaprobatą kręcą głowami.
Być w Atenach i nie zobaczyć Akropolu, to grzech niebywały. Stoimy więc w kolejce do kasy biletowej, a po kilkunastu minutach wspinamy się ocienioną drogą, wijącą się wśród drzew oliwkowych, na najsławniejsze wzniesienie w mieście. Na kamiennym murku siedzi młody chłopak. Ma na bakier założoną czapeczkę, a w ręku trzyma ogromny szkicownik. Jego ręka z piórkiem wykonuje zamaszyste ruchy. Zaciekawione zaglądamy mu przez ramię i widzimy gaj oliwny, z którego wyłaniają się tu i ówdzie zarysy domów i ulic biegnących poniżej.

Ateńskie koty - są wszędzie, 1997 rok.

Ateńskie koty – są wszędzie, 1997 rok.

Dzisiaj władzę na Akropolu przejęły koty, które częściej są fotografowane niż Partenon czy Erechtejon ze sławnymi Kariatydami. Koty są niezaprzeczalnie piękne i nie sposób jest się im oprzeć. Rude, brązowe, czarne, białe, łaciate, małe, duże, stare, młode wszystkie łaszą się do ludzi, przybierają wyszukane pozy i miauczą, a raczej mruczą, wygrzewając się na kamieniach w popołudniowym słońcu. Widok z Akropolu na Ateny jest niezapomniany. W oddali błękitne wody morza Egejskiego, spacyfikowane przez ogromny port Pireus. Starożytne budowle, wille, pałace, stadiony zlewają się ze współczesną, mało wyszukaną, architekturą miejską. Wszystko jednak wydaje się stanowić jedną spójną całość. C.D.N.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *