Greckie arbuzy na bazarku, 1997 rok

Na ateńskiej ziemi Cz. II

Ateny 1997 rok czyli 19 lat temu….

U podnóży Akropolu znajduje się Agora, do której prowadzi wąska, piaszczysta ścieżka.
Z Agory już tylko kilka ulic dzieli nas od Plaki – dzielnicy malarzy, rzeźbiarzy i muzyków. Zagłębiając się w labirynt wąskich uliczek, z których każda nas zachwyca, docieramy do małego placu, zdominowanego przez liczne kawiarnie i restauracje. Siadamy w wiklinowych fotelach. Nad naszymi głowami rozpościera się naturalny dach zieleni z pomarańczowymi kulami, które okazują się być mandarynkami. Zamawiamy ciastka, wielkie, jak na nasz gust, i dodatkowo polane gęstą, brązową czekoladą. Są tak słodkie, że rozumiem teraz dlaczego kelner, bardzo przystojny, ciemnowłosy i sympatycznie uśmiechnięty, stawia przed nami dwie szklanki z zimną wodą. Bez popitki greckie ciastka jest w stanie zjeść tylko prawdziwy wielbiciel słodkości.
Przed jednym z kościołów stoi spory tłum ludzi. Ze środka sanktuarium dolatują do nas dźwięki organów. Przystajemy, bo cała uliczka zastawiona jest samochodami. Powoli
z kościoła, z wielką ostrożnością, wynoszona jest trumna, za którą podążają płaczki. Kobiety opłakujące zmarłego robią mu wyraźnie wyrzuty, że odszedł na zawsze.
Mijając kolejne ulice docieramy do Monastiraki – bazaru ateńskiego, w obrębie którego „eleganckie” sklepy mieszają się z drewnianymi straganami, na których pysznią się figi, kiście winogron, jabłka, gruszki, a także plastry wosku, ciecierzyca, kwiaty i warzywa. Tłum ludzi płynie wąskimi uliczkami, zatrzymując się co chwila u innego handlarza
i wybierając potrzebne na dzisiejszą kolację produkty. Jest gwarno i tłoczno. Nie słyszę własnych myśli. Sprzedawca ryb na całe gardło „ryczy”, zachwalając swoje kałamarnice, ośmiornice i inne wodne stworzenia, które bez tchu leżą na jego ladzie. Rzeźnik, z wielkim toporem w ręku, przysłuchuje się kłótni dwóch kobiet, które upatrzyły sobie ten sam kawałek mięsa. Samochody dostawcze trąbią, a kierowcy pokrzykują na siebie nawzajem.
Pod Parlamentem trafiamy na uroczystą zmianę wart, która zachwyca moją rodzicielkę. Specjalnie dobierani wysocy gwardziści (ponad metr osiemdziesiąt wzrostu) w białych rajtuzach i czerwonych „chodakach” z czarnymi, kosmatymi bąblami, w tunikowatych beżowych mundurach i czerwonych czapeczkach z długimi czarnymi „ogonami”, wykonują specyficzny „taniec”. Ich defiladowy krok, składający się z licznych acz skomplikowanych kroczków, wybijających na ulicznym bruku oryginalny rytm, przypomina przedziwny, powtarzalny pląs. Jeszcze chwila, a mama ruszy z nimi w tan.
Popołudnie powoli zamienia się w zmierzch, na ulicach zapalają się latarnie, a kawiarnie rozświetlają malutkie, nastrojowe lampiony. W stronę hotelu idziemy wąskimi, bocznymi uliczkami. Wszystkie domy mieszkalne mają balkony lub tarasy, na których toczy się życie rodzinne. Od ulicznego zgiełku chronią mieszkańców kwiaty, powoje, karłowate drzewka
i krzewy, które gęsto rosną w donicach. Nikogo nie dziwi widok siedzących w bieliźnie lub nocnych koszulach sąsiadów, którzy wyszli na świeże powietrze poczytać gazetę, podlać kwiatki,  zjeść kolację lub po prostu pogawędzić.
Meleciusz mieszka w czteropiętrowej kamienicy. W dwupoziomowym mieszkaniu
z ogromnym tarasem i trzema balkonami żyje wielopokoleniowa rodzina.
Razem ze mną są moi rodzice. Jestem najstarszym synem, więc ja odpowiadam za wygodę mamy i taty. Oprócz mnie jest żona, dwoje dzieci, które jeszcze nie znalazły swojego szczęścia i córka z mężem i dwójką swoich latorośli. Źle im się wiodło w Salonikach więc wrócili do stolicy. Zanim się urządzą, pomieszkają u mnie.

Greckie arbuzy na bazarku, 1997 rok

Greckie arbuzy na bazarku, 1997 rok

W przestronnej kuchni praca wre. Kobiety, a jest ich tutaj około ośmiu sztuk, uwijają się jak w ukropie. Na eleganckie bluzki i garsonki zarzucone mają białe fartuchy. Uśmiechają się do nas, zawiązują nam fartuchy, podają wielkie kuchenne noże, deski i kilka czerwonych, pachnących pomidorów. Bierzemy się do roboty. Seniorka rodu – matka Meleciusza, miesza czerwony sos, bulgoczący w wielkim garnku. Na ogromne półmiski wykładane są marynowane i grillowanie pomidory, bakłażany, cukinie, papryki, ziemniaki, cebule
i czosnek. Do sosjerek przelewane są różnokolorowe sosy i dipy. Wszystko to wynoszone jest przez dzieci na stół. Po godzinie przygotowania do kolacji zostają zakończone i wszyscy udajemy się w kierunku tarasu. Przypomina on rajski ogród: kolorowe kwiaty, pachnące pelargonie i powoje, malutkie palmy i drzewka owocowe, a na środku olbrzymi stół przykryty białym obrusem i zastawiony cudownie pachnącymi potrawami. W kolacji bierze udział rodzina, przyjaciele i my – dwie obce kobiety z Polski. Jednak pod koniec wieczoru nie jesteśmy już obce. Jesteśmy bliskimi znajomymi, bratnimi duszami. Kieliszki napełniają się winem i ouzo – wódką pędzoną na bazie destylowanego alkoholu, doprawionego anyżkiem, ziarnami kopru włoskiego oraz innymi aromatycznymi dodatkami. Pierogi z ciasta filo rozpływają się w ustach, zupa trachana z makaronem, wyrabianym z jogurtu i ziaren pszenicy, błogo rozlewa się po naszych brzuchach. Przepis na dolmades, czyli gołąbki mięsne w liściach winogron, przywiozła najstarsza córka Meleciusza z Salonik. Są jeszcze kiełbaski marynowane w winie i pomarańczy, warzywa, sery. A na deser jogurt z tymiankowym miodem, batoniki sezamowe, świeże owoce i wino, wino, wino…
W pewnym momencie wstaje senior rodu – ojciec Meleciusza (zażywny osiemdziesięciolatek), dając tym sygnał pozostałym mężczyznom. W rękach niektórych z nich pojawiają się instrumenty muzyczne, pozostali tworzą szereg taneczny, zarzucając sobie ręce na ramiona. Starszy pan powoli unosi głowę i palcami rąk, niczym kastanietami, poddaje rytm. Rozpoczyna się zorba. Dumne, dostojne i jakby leniwie spowolnione ruchy tancerzy zaczynają z każdą powracającą sekwencją muzyczną przyspieszać coraz szybciej i szybciej. Kobiety klaszcząc w dłonie wybijają rytm. Mężczyźni wysoko unoszą głowy, prostują plecy, unieruchamiają torsy i zdają się zupełnie nie zwracać uwagi na szaleńczą pracę swych nóg.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *