1345252685821

O tym, jak świnki poszły na spacer do lasu…

Czasem wystarczy zapach, czasem kolor, czasem krótka wymiana zdań lub pewna sytuacja, by odbyć podróż w czasie. Tak było ze mną dziś rano, gdy wychodząc z domu zaplątałam się w sieć kilku smyczy czworonożnych sąsiadów z piętra wyżej.
Było ciepłe lato. Razem z mamą i babcią pojechałyśmy na tak zwane wczasy pod gruszą, na wieś. Miałyśmy do dyspozycji przestronny pokój z widokiem na pola i majaczący na horyzoncie las. Życie płynęło spokojnie na czytaniu, leniuchowaniu, słuchaniu bzyczenia owadów i wyprawach rowerowych do znajdującego się nieopodal miasteczka. Ile jednak można siedzieć bezczynnie pod gruszą, szczególnie będąc kilkuletnim podrostkiem. Z psem uwiązanym na łańcuchu do budy nie wolno mi się było bawić, krowy były duże i znikały na całe dnie na łąkach. Kury nie miały pisklaków, a koty zawsze chodziły swoimi ścieżkami. Największą dostępną atrakcją było siedem malutkich świnek. Mogłam je do woli tarmosić, przytulać i głaskać, niczym Elwirka z animowanych bajek dla dzieci. Świnki miały wilgotne, różowe noski, miękkie włoski na czubku głowy i zawinięte ogonki, które jak się je rozprostowywało, to natychmiast wracały do swego zakręconego ale naturalnego kształtu. Po kilku dniach oswajania i tresowania doszłam do wniosku, że wyprowadzę je na spacer. Pójdziemy razem na łąki i do lasu i będziemy się świetnie bawić. Nic nikomu nie mówiąc otworzyłam ogrodzony wybieg i wyprowadziłam całą gromadkę. Na początku wszystko szło dobrze. Zgraną watahą szliśmy przez łąki. Niestety z upływem czasu różowe zwierzaczki przestały słuchać wydawanych im komend. Polecenia „do nogi” i „wracamy do domu” nie skutkowały. Towarzystwo rozpierzchło się we wszystkich kierunkach. I co teraz? Poleciałam do domu po pomoc. Na początku, łuskające groch panie w postaci mamy i właścicielki gospodarki patrzyły na mnie z niemym zdziwieniem.
Co zrobiłaś? – spytała wreszcie mama.
Zabrałam świnki na spacer do lasu, ale nie doszłyśmy do niego, bo one są strasznie nieposłuszne.
Właścicielka zerwała się w te pędy i pognała na łąki, a za nią moja mama i ja. Zaganianie świnek, a raczej ich zanoszenie do chlewiku zajęło nam dobre dwie godziny. Z duszą na ramieniu i okropnym strachem, co to będzie jeśli jakaś się zgubi, odhaczałam każdą znalezioną sztukę. Zrobiliście kiedyś coś równie naiwnego? Po kilku dniach z całego zajścia śmiała się nawet nasza gospodyni.

Zdj. wiadomosci.wp.pl

 

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *