Königsberg

Betonowy Kaliningrad – niewinne początki

To wariat, niebezpieczny dla otoczenia!

Niech ktoś mu powie żeby zwolnił, inaczej zostanie z nas czerwona plama na najbliższym skrzyżowaniu! Ja nie chcę jeszcze umierać. Jestem za młoda!
Samochód jedzie z nieprawdopodobną szybkością zważywszy na fakt, że liczy sobie co najmniej kilkadziesiąt lat i ze wszystkich stron jest atakowany przez rdzę. Przed nami kolejne skrzyżowanie, a kierowca nie przejawia chęci zdjęcia nogi z gazu. Mam straszne wyrzuty sumienia, ponieważ jestem główną inicjatorką tej jednodniowej wycieczki.

post-1-1196545791

Kaliningrad ;)

Niewinne początki
Pomysł sam w sobie był całkiem niezły – jednodniowa wycieczka wodolotem do Kaliningradu, o którym nieustannie opowiadała jedna z moich ciotek. W jej wspomnieniach, co prawda z czasów wojennej zawieruchy, czyli z okresu, gdy została siłą wywieziona z Polski na przymusowe roboty, Kaliningrad nazywał się Królewcem i był pięknym, zielonym i bardzo zadbanym miastem. Wspaniałe wille, kunsztownie rzeźbione kamienice, imponujący zamek krzyżacki, majestatycznie górujący nad całością, katedra i ogromny park z jeziorem, po którym, w upalne letnie dni, pływały dostojnie gondole i łódki. We wspomnieniach mojej ciotki, pojawiały się także opisy wybudowanego przez Niemców podziemnego miasta, z ulicami, latarniami i tunelami, do których bez przeszkód wjeżdżały ogromne wojskowe ciężarówki. Tyle jeśli chodzi o wspomnienia.
Cała wyprawa wydawała się być czymś miłym, łatwym i przyjemnym. W wygodnych, pluszowych fotelach lotniczych, z nosami przyklejonymi do szyb wodolotu wpatrywaliśmy się w ogromne, zardzewiałe, opuszczone i skrzypiące widma statków. Statków, które kiedyś wchodziły w skład ogromnej flotylli wojennej. Teraz stały smętnie zakotwiczone u wrót jednego z największych niegdyś portów wojennych i straszyły przepływających obok nich turystów.

Old-Koenigsberg

Wszystko przebiegało zgodnie z planem do momentu, gdy stanęliśmy na stałym lądzie. Większość naszych współtowarzyszy podróży liczyła sobie grubo po sześćdziesiątce lub była z malutkimi dziećmi, w związku z czym nie byliśmy przygotowani na tak sprawnie przeprowadzoną akcję łapania taksówek do centrum. A tu tymczasem zahuczało, zadudniło i wszyscy ruszyli to ataku. Wiekowe matrony wykłócały się o cenę przejazdu, młode matki upychały na tylne siedzenia wrzeszczące wniebogłosy maluchy, które rękami i nogami zapierały się w proteście przed wrzuceniem ich do środka. A panowie, zarówno ci młodzi jak i ci starsi, ze stoickim spokojem przyglądali się tej kobiecej przepychance. Oniemiali staliśmy z boku, patrząc, jak kolejne „taksówki”, wypchane po same brzegi, odjeżdżają w siną dal. Na placu boju pozostał jeden, mocno zdezelowany samochód, a raczej kupa czerwonego złomu na kółkach. Nie widząc innej alternatywy podeszliśmy do siedzącego w środku kierowcy i spytaliśmy, czy byłby łaskaw zawieźć nas do miasta. Rozbiegane, czarne oczy omiotły nasze sylwetki zezowatym spojrzeniem a ich właściciel, nie ustalając z nami ceny ani nie wymawiając chociażby jednego słowa, zaprosił skinieniem głowy do środka. A ów środek pojazdu od góry do dołu, od lewej do prawej obity był czarno-białym futerkiem, które potęgowało, nieznośne już i bez tego, poczucie gorąca. W samochodzie nie było pasów bezpieczeństwa, ale tym problemem zaczęliśmy się martwić dopiero później. Zezowaty kierowca nie tracił czasu i z piskiem opon wystartowaliśmy do przodu. Przed pierwszym skrzyżowaniem mieliśmy złudną nadzieję, że wyhamuje, ale nic z tego. Jak wariaci wpadliśmy na sam środek niebezpiecznej krzyżówki, o milimetr unikając kolizji z jadącym znad przeciwka pojazdem, którego cenę rynkową można porównać do ceny nowej kawalerki w jednej z dzielnic Warszawy. Cacuszko na kółkach minęło nas bezszelestnie i pognało dalej. Potem było już tylko straszniej. Z taką samą prędkością wpadliśmy na rondo i dwa kolejne skrzyżowania, a samochody, poruszające się na drodze naszego szaleńca, wymijaliśmy zjeżdżając na przeciwległy pas, którym oczywiście jechał inny samochód. Najtrudniej było z sunącymi w naszą stronę ciężarówkami, które za nic w świecie nie chciały iść na drogowe ustępstwa. Brakowało mi tchu, usta miałam spierzchnięte, a moje palce, wbite w futrzaną tapicerkę, zbielały i zesztywniały. Za oknem co i rusz migały kolejne betonowe osiedla z dziesięciopiętrowymi blokami i ogromne, zielone drzewa, którymi wysadzona była droga naszej męki. Po kilku minutach samochód ostro zahamował, a my na trzęsących się nogach, wyskoczyliśmy z niego jak oparzeni.
Teraz wy nie płacicie. Przyjadę po was za piętnaście szósta i zawiozę do portu. Tam się rozliczymy. I tyle go widzieliśmy. Z piskiem opon – to chyba jakiś ogólnoświatowy standard – odjechał w nieznane, a my, co tu kryć, odetchnęliśmy z ulgą.

Trams_at_the_Moskovsky_Prospekt,_Kaliningrad,_Russia

Kaliningrad 😉 zdj. pl.wikipedia.org

Bez mapy, bez przewodnika ruszamy na podbój nieznanego miasta. Jest wcześnie, bo przed ósmą rano. Na szerokich, wysadzanych drzewami ulicach panuje spory ruch. Kobiety i mężczyźni energicznie maszerują do pracy, marynarze, licznie okupujący przystanki autobusowe, ubrani w granatowe mundury i granatowo-białe czapki, przypominające lądowiska dla helikopterów, pogwizdują wesoło, a dzieci w czarno-białych mundurkach, w przypadku dziewczynek z białymi kokardami we włosach, raczej leniwie suną do szkół. Na jezdni panuje nieustający tłok. O przejściu na druga stronę w niedozwolonym miejscu nie ma mowy. I to nie tylko z powodu ryzyka przejechania się na tamten świat, ale również z powodu wysokości chodników, które mówiąc całkiem poważnie dochodzą do pół metra wysokości i zeskok z nich na ruchliwą ulicę równa się samobójstwu. Z rozdziawionymi ustami chłoniemy klimat tego betonowego i nad wyraz brzydkiego miasta.
Szeroką ulicą docieramy do miejscowego bazarku, na którym siwowłose babuliny sprzedają jaja, masło, czarny jak smoła chleb i prażone pestki słonecznika, zawijając wszystkie swoje towary w codzienną gazetę. Stary dziadek z zardzewiałego karnistra sprzedaje na kubki kwas chlebowy, którego słodkawy smak rozkosznie pieści nasze podniebienia. Za jednego dolara dostajemy trzy kubasy złocistego napoju. Kilka straganów dalej, w drewnianych klatkach, drą się wniebogłosy chudziutkie kaczki i kury. Nieopodal, za dwa ruble, można skorzystać z usług miejscowego pucybuta, który na pastowaniu butów zna się, jak mało kto. Aż żałuję, że zamiast porządnych skórzanych pantofli mam na stopach sandałki.
Nie tracąc czasu idziemy do pobliskiego kantoru wymienić dolary na ruble. Sprawa jednak jest dużo bardziej skomplikowana, niż mogliśmy sobie to wyobrazić. W kantorze do okienka podchodzi się pojedynczo i jest to skrupulatnie pilnowane. Inaczej można dostać w przysłowiowy pysk od pozbawionego szyi ochroniarza. Wymieniane pieniądze wpuszczane są do dwóch maszyn, sprawdzających ich autentyczność. Następnie „przemiła” kasjerka zabiera nasz paszport i porównuje jego dane z danymi, ukrytymi w grubym brązowym tomisku. Trwa to jakieś dziesięć minut. Jeżeli wszystko jest w porządku, drukuje specjalne zaświadczenie, które należy podpisać i kopię zachować w razie jakiejś kontroli. Po około trzydziestu minutach dostajemy swoje ruble i kopiejki, które umożliwią nam swobodną egzystencję w mieście. C.D.N.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *