Trams_at_the_Moskovsky_Prospekt,_Kaliningrad,_Russia

Betonowy Kaliningrad – „niebo w gębie”

Po starym i pięknym Królewcu zachowało się bardzo niewiele. W 1968 roku nie odbudowany zamek krzyżacki został rozebrany jako symbol faszyzmu i dominacji pruskiej. Na jego miejscu rozpoczęto budowę „Domu sowietów”. Pierwszym więc zabytkiem na naszej liście jest XIV-wieczna Katedra z grobowcami mistrzów krzyżackich, elektorów pruskich oraz kryptą słynnego filozofa Immanuela Kanta. Drugim obiektem wizytacji jest niezaprzeczalnie wspaniałe i imponujące Muzeum Bursztynu, w którym zgromadzono ponad 6000 eksponatów. Podziwiając kolejne bursztynowe cacuszka nie mogę zapomnieć o tym, że to właśnie w tym mieście, podczas bombardowań, zniszczona została ponoć bursztynowa komnata, przywieziona tutaj z Carskiego Sioła i zmontowana w jednej z komnat zamkowych. Nigdy nie zdołano jednak odnaleźć jej resztek, co daje nadzieję, że może jednak jest gdzieś w stanie nienaruszonym.

Old-Koenigsberg

Kaliningrad w dawnych czasach…

Niebo w gębie
Na „muzealnym” spacerku mijają nam dwie godziny i gdy znowu stajemy na nagrzanej słońcem ulicy, jesteśmy zmęczeni, spragnieni i bardzo głodni. W poszukiwaniu knajpki szerokimi chodnikami dochodzimy do ogromnego zielonego parku z olbrzymim jeziorem i dwiema samotnymi, pięknymi, kamiennymi fokami – jedynymi pozostałościami po starym przedwojennym obiekcie. Tuż przy głównej ulicy, nad samym brzegiem jeziora dostrzegam restaurację ukrytą za wysokim murowanym płotem. Gdy przekraczamy drewnianą bramę cały zgiełk uliczny, wszechobecny brud i brzydota miasta zostają daleko za nami. Naszym oczom ukazuje się wspaniały ogród z kwitnącymi drzewami, oczkami wodnymi, w których pływają złote rybki, drewnianymi mostkami i brukowanymi alejkami. W zacisznych zakolach, wśród czerwonych pelargonii i różowych surfinii, stoją, przykryte lnianymi obrusami, stoły z wygodnymi fotelami. Po kilku minutach wyrasta przed nami miło uśmiechnięta kelnerka w ludowym stroju, podaje menu i cierpliwie doradza kolejne przysmaki. Decydujemy się na szaszłyki z domowymi bułeczkami, piwo oraz lody w gorącym cieście z czekoladowym sosem. Szaszłyki rozpływają się w ustach, wspaniałe, soczyste i aromatyczne. Podane do nich bułeczki mają chrupiącą skórkę i mam wrażenie, że autentycznie dopiero co zostały wyjęte z pieca. Po zimnym piwie, podanym w zmrożonych kryształowych kuflach, zaserwowano lody. I jak dla mnie był to kulinarny cud. Ciepły czekoladowy sos spływał po puszystym, delikatnym cieście, pod którym ukryte zostały zimne śmietankowe lody. Po prostu poezja. W tym rajskim ogrodzie całkowicie zapomniałam, że znajduję się w betonowej dżungli. Z uroczego otępienia wyrywa mnie dopiero wizyta w restauracyjnej toalecie, która zupełnie nie pasuje do eleganckiego lokalu. Cóż mogę powiedzieć? Dziura, po prostu dziura!

Komu w drogę … temu wariat kierowca
Z pełnymi brzuchami idziemy na szybkie zakupy. W plastikowych reklamówkach lądują tanie alkohole, kilka paczek papierosów, DVD z ostatnimi kinowymi hitami, kilka kiczowatych pamiątek i … dwie ogromne, liczące po trzy tysiące stron książki o militarnej tematyce. Wizyta w księgarni zajęła nam sporo czasu, ale jak stwierdził Mędrzec, warto było.
Nasz samochodowy szaleniec czeka grzecznie przy czerwonej kupce złomu. Ciężko przełykamy ślinę, gdy dociera do nas, że, obładowani zakupami, nie zmieścimy się wszyscy troje z tyłu i ktoś musi usiąść z przodu. Nie ma chętnych. W rezultacie zakupy jadą obok kierowcy, a my, strasznie ściśnięci, z tyłu. Jesteśmy jak sardynki w puszce, co jednak powoduje, że na zakrętach nie rzuca nami po całym samochodzie.
Różowy stempelek, i następny, i następny rozmywa się na paszportowych stronach. Jesteśmy już po drugiej stronie, gdy okazuje się, że nie ma Mędrca. Poczciwy Andrzej, nasza chodząca encyklopedia zwana potocznie „Mędrcem”, stoi otoczony kordonem funkcjonariuszy, którzy wpatrują się podejrzliwie w dwie, grube jak cegły, książki, leżące niewinnie na pulpicie – czyli w zakupy naszego miłośnika militariów. Nic nie wzbudziło takiego zainteresowania, jak te dwie ogromne książki o czołgach, rakietach, samolotach, działkach automatycznych i innych tego typu wspaniałościach i to wszystko na dodatek w języku rosyjskim. Czas mija, a oni go przesłuchują. Po co to panu? Co pan tam przemyca? Dlaczego nie chce pan z nami współpracować? Mędrzec z przerażeniem w oczach powtarza jak katarynka, że takie książki w Polsce są drogie, a on interesuje się militariami, zna rosyjski i zawsze marzył o tych knigach. W tak zwanym międzyczasie książki są nakłuwane, nacinane, przeglądane kartka po kartce. Czego oni tam szukali to jeden Pan Bóg wie. Całe zamieszanie trwa godzinę. Do sali odpraw zbiegali się chyba wszyscy pracownicy, chcąc na własne oczy zobaczyć Polaka, który zamiast papierosów i wódki wywozi książki. Istny dziwoląg.
Nasz osobisty dziwoląg wzbudza nie mniejsze zainteresowanie również wśród naszych rodaków, którzy sławetne książki w drodze powrotnej oglądają ze wszystkich stron, szepcząc do siebie nawzajem, że to prawdziwy spec w przemytniczej robocie.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *