DSC05005

Krymskie opowieści cz. III – W drodze do Ałupki

KRYM   Po nocnej ulewie rano nie ma śladu. Wszystko wyparowało, a na lazurowym niebie ponownie zawitało prażące słoneczko. Szybkie śniadanie, przejażdżka autobusem i całodzienne zwiedzanie miasta. Wczesnym wieczorem znowu siedzimy w pociągu. Tym razem nie mamy takich „wygód” jak poprzednio. Nie ma czteroosobowego przedziału sypialnego, „wagonowej” roznoszącej kawę, herbatę i darmową pościel. Nie ma bulgoczącego na ogniu srebrnego samowaru, z którego można było bez przeszkód brać wrzątek. Co jest? Jest około czterdziestu paru osób, różnej narodowości, z przewagą Rosjan, które śpią, a raczej wegetują na kilkucentymetrowej szerokości półkach. Nie ma klimatyzacji, a okna się nie otwierają. Przejścia zastawione są ogromnymi plecakami, walizami i szmacianymi tobołkami. Abym mogła zająć swoje miejsce na samej górze, cała nasza trójka musi się położyć. Składamy dwa krzesełka i stolik, opuszczamy środkowe posłanie i ściągamy twardą deskę, wiszącą trzydzieści centymetrów pod sufitem. A ja mam klaustrofobię i nie lubię ciasnych pomieszczeń! Niechętnie, choć, w moim mniemaniu, z akrobatyczną wręcz zręcznością, wdrapuję się na „moją” półkę. Jeszcze sześć godzin i będziemy w Symferopolu, a stamtąd już tylko kilkadziesiąt kilometrów i … Morze Czarne.

Ałupka – cel podróży
Już prawie jesteśmy na miejscu. Jeszcze tylko musimy zahaczyć o dworzec autobusowy. Nasza „marszrutka” wypchana jest po brzegi, ale przecież nie ma takiej siły, która by nas powstrzymała przed wepchnięciem się do środka.
Do Ałupki jedziemy „w ciemno”, czyli bez wcześniejszej rezerwacji noclegu. Niewielkie miasteczko, położone na skalistym zboczu, zatopione w zieleni i opadające do morza, prezentuje się intrygująco. Wąską asfaltową drogą schodzimy do centrum. Na mijanych po drodze drewnianych i ceglanych domkach wiszą tekturowe tabliczki informujące, w większej mierze w języku rosyjskim, że „Swobodnych kwatir niet”. Na głównym placu, vis-a-vis pomnika Lenina, przyjaciela dzieci i młodzieży, siadamy w sympatycznej kawiarni, w wiklinowych, wygodnych fotelach. Zamawiamy śniadanie. Pyszne ekspresso stawia nas na nogi. Rozpoczynamy poszukiwania noclegu. Okazuje się, że nie jest to sprawa łatwa. Większość „naganiaczy” nastawionych jest na bogatą klientelę rosyjską lub niemiecką, dla której budowane są eleganckie pensjonaty i hotele. My chcemy jednak obcować z tubylcami i dlatego szukamy „kwatiry” w prywatnych domach.

DSC05360

Pod pomnikiem Lenina często odbywały się imprezy taneczne…

–U mnie nic nie ma, drogie dzieci – śmieje się bezzębny staruszek – ale jeśli niczego nie znajdziecie, możecie spać za darmo w ogrodzie.
Nocleg dostajemy wreszcie u Witi, wąsatego jegomościa, który na okres letni przenosi się z domu do obszernego namiotu, ustawionego w ogrodzie.
– Pokój, kuchnia, a tu łazienka. Ciepła woda jest raczej po południu, gdyż musi nagrzać się woda w beczce. Jeśli macie ochotę, możecie korzystać ze stołu ustawionego pod drzewem figowym od frontu.

DSC05199

Kultowa sałatka a’la Ałupka ;)

DSC05113

Nasze ulubione stragany z owocami, warzywami i kiszonkami ;)

DSC05079

Świeżo wędzona rybka? Czemu nie ;)

Po byle jakim rozpakowaniu plecaków ruszamy na wstępny rekonesans okolicy. W Ałupce panuje iście kurortowa atmosfera. Znad morza wracają plażowicze. Dzieciaki taszczą dmuchane kółka, matki wypchane plażowe kosze i torebki, a ojcowie kolorowe materace, a nawet imponujących rozmiarów dmuchaną ośmiornicę. Z racji braku chodników piesi lawirują między sunącymi samochodami. Chwila nieuwagi i można znaleźć się pod ich kołami. W sklepach spożywczych jest zasadniczo to samo, co u nas, tylko ceny wędlin i większości serów są takie wysokie, że włos na głowie staje dęba.
– Głodny jestem – skarży się nasz rodzynek. – Co będzie na kolację?
– Na pewno nie frykasy, bo zbankrutujemy! – zauważa rzeczowo Ksenia.
Wybór pada na kawałek najtańszego sera żółtego, mortadeli, puszkę groszku zielonego, majonez, butelkę Nemirofa i karton Sandory – soku mango. W drodze do domu zahaczamy o uliczny bazarek, na którego stoiskach pysznią się faszerowane i marynowane oliwki, papryki, kapusty i inne lokalne specjały, których ceny już tak bardzo nie przerażają. Równie wspaniale wyglądają świeże owoce i warzywa, szczególnie mięsiste pomidory, złoto–żółte melony i ciemnozielone arbuzy, a ogromne główki czosnku bynajmniej nie wyglądają na chińskie. Z zaparkowanego tuż obok straganów błękitnego samochodu kupujemy również świeżo wędzoną, pachnącą makrelę.
Stół pod figowcem prezentuje się po królewsku, gdy wczesnym wieczorem zasiadamy do kolacji. Sałatka z kupionych w sklepie produktów smakuje wybornie. Grube plastry pomidorów, na których rozłożona jest masa serowo-majonezowo-czosnkowa, okazują się hitem wieczoru!
– To będą „pomidory po ukraińsku”! – mówi z dumą Ksenia.
– Tak. I będziemy je jeść co wieczór! – w geście toastu wznosimy pomarańczowe filiżanki w białe grochy, które służą nam za kieliszki – Na zdrowie i za udany pobyt!
A mnie i tak najbardziej smakuje Sandora! Chyba się od niej uzależnię!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *