DSC05084

Krymskie opowieści – pierwotne przyjemności cz. VI

KRYM   Od kilku dni, tuż nad naszym kamieniem na plaży, rozłożył się z obozowiskiem „człowiek pierwotny” ze swoją kobietą. On- wysoki, wysportowany blondyn, calusieńki opalony na złocisty brąz, ona- tleniona blondynka, szczuplutka, strzelista i równie wspaniale opalona. Odziani jedynie w dość skąpe stroje kąpielowe – ona w błękitne bikini, a on w różowe stringi, żyją spokojnie na ogromnym głazie. Przed południem on czyta książkę, a ona kolorowe periodyki. Koło południa on rusza na łowy. Z kuszą przechodzi tuż nad naszymi głowami, staje na skraju naszego kamienia, wybija się w powietrze i pikuje w morską toń, świecąc kształtnymi pośladkami. Dziesięć minut później wyłania się z wody z machającą się na końcu kuszy rybą. Zgrabnie przechodzi do swojego obozowiska. Ona podnosi oczy znad periodyku i przesyła mu protekcjonalny uśmiech. Pięć minut później ryba jest już oskrobana i wypatroszona a on, na bosaka i nadal w stringach, rusza do parku po opał. Przeskakuje przez kamienie, pokonuje pierwszą linię krzaków i znika wśród drzew. Słychać tylko odgłos łamanych gałęzi. Po kilku chwilach wyłania się z leśnej gęstwiny z naręczem drewna. Po kilku minutach zapach pieczonej ryby niesie się po okolicy. Po obiedzie ona piłuje paznokcie i kładzie na nie kolejną warstwę czerwonego lakieru. Późnym popołudniem, przed podwieczorkiem złożonym z arbuza i wina, pierwotni idą popływać. Wyglądają jak para złotych bogów, zręcznie lawirująca między barwnym plebsem, rozłożonym, niczym żaby i jaszczurki, na okolicznych głazach. Hop, i już ich nie ma.
Sądzicie, że wynurzą się zaraz, dosiadając delfiny? – pytam z lekką zadumą, zaniepokojona ich dłuższą nieobecnością.
Zamiast delfinów wynurzają się z różnego rodzaju skorupiakami.
No, to wiemy, co będzie na kolację … – przełyka ślinkę Ksenia.
I tak, dzień po dniu, obserwujemy z zachwytem naszych oryginalnych sąsiadów, którzy jak mało kto, kultywują swoje codzienne, malutkie rytuały.

DSC05084

Nasza plażą ;)

Pod rozgwieżdżonym niebem
Kak rebiata, paaddychali? – pyta nas z radosnym uśmiechem Witia, który siedzi przy „naszym” stole pod figowym drzewem razem z Larysą, swoją szwagierką. Widać, że dobrze się bawią, a my już od dłuższego czasu nie dziwimy się zażyłym więzom, łączącym tych dwoje. Przy owocach i domowej roboty koniaku rozmawiają, śmiejąc się do łez. My jesteśmy zmęczeni po całodziennej wycieczce i marzymy tylko o łóżku. Niestety, zostajemy zaproszeni do stołu.
Musicie skosztować mojego koniaku. Sam go robię, a ten, co tu stoi, liczy sobie już 10 lat. Siadamy więc. Koniak w Ałupce pije się zupełnie inaczej niż u nas. Nie małymi, powolnymi łykami, lecz na raz, jak wódkę. Po godzinie jesteśmy już mocno zaprzyjaźnieni. Rozmawiamy o naszych rodzinach, polityce i świecie. Noc jest ciepła i cicha.
A wy wiecie, że ja jestem kozak z Zaporoża? – pyta ze szczerym uśmiechem Witia.
W pewnym momencie Larysa proponuje spacer nad morze.
Nie ma nic wspanialszego, od kąpieli w środku nocy.
Po dziesięciu minutach jesteśmy gotowi. Witia z ogromną latarką idzie przodem, my za nim. W mieście oświetlone są tylko główne ulice, ale takich jak my, z latarkami, jest w parku sporo. Nie wiedzieć kiedy schodzimy na drobno-kamienistą, publiczną plażę. Na kilku leżakach siedzą ludzie, którzy przy akompaniamencie mandoliny śpiewają ckliwe rosyjskie romanse. Woda jest cudownie ciepła. Wypływam daleko w morze. Gdzieniegdzie na lądzie połyskują delikatne światła hotelowych i ulicznych latarni. Nad moją głową rozpościera się rozgwieżdżone niebo. Mam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę, aby dotknąć gwiazd.
W równie dobrych humorach wracamy do domu. W głowie mi lekko szumi, ale ogólnie panująca wesołość sprawia, że nie czuję zmęczenia.
Poczekajcie, mam piasek w klapkach i muszę opłukać nogi – Ksenia staje koło fontanny. Grzecznie czekamy obok, pochłonięci czarem dzisiejszej nocy. Po kilkunastu minutach docieramy do domu. Witia z Larysą idą spać do namiotu, my do naszego pokoju.
Ksenia, a gdzie masz klapki? – pytam, patrząc na jej dość brudne stopy.
No właśnie? – odpowiada zadumanym głosem.
Rano, po późnym śniadaniu, ruszamy na poszukiwania klapek Kseni.
Boli was głowa? – pyta Maciek.
Nic a nic – zapewniamy jednogłośnie i szczerze.
Fontanna, przy której Ksenia zażyczyła sobie poprzedniego wieczoru przerwy w wędrówce do domu, okazuje się być całkiem sporym i głębokim stawem, otoczonym murowanym murkiem.
Jak tyś tam wlazła? – nie mogę się nadziwić.
Nie ważne, jak wlazła, ale jak wyszła? – zastanawia się Maciek.
Woda w stawie jest bura i mało zachęcająca do kąpieli. Koło rozłożystego krzaku róży, tuż obok stawu, ustawione równo stoją klapki Kseni.
Widzicie? Mówiłam wam, że znajdę. Tu nic nie ginie!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *