dsc05404

Krymskie opowieści – Do utraty tchu cz. VIII

Z samego rana pędzimy na przystanek autobusowy w centrum Ałupki.
Poczekajcie chwilkę, kupię papierosy – i, nie czekając na naszą odpowiedź, Maćko biegnie do kiosku. Kseni również doskwiera brak fajek, więc rusza za nim. Z braku laku podążam ich tropem. Przed kioskiem, z piskiem opon, zatrzymuje się lokalna taksówka, z której wyskakuje pan w średnim wieku. Bez zbędnych ceregieli staje przed Maćkiem w kolejce i prosi o dzisiejszą gazetę. Patrzymy oniemiali, jak pani w kiosku podaje mu do gazety kieliszek setki i paluszek krabowy.
Sądzicie, że to tutaj norma? – Maciek nie może się nadziwić.
Taksówkarz wychyla setkę, zagryza paluszkiem i z gazetą pod pachą wsiada do swojego wehikułu. Chwilę potem już go nie ma.
Co tak stoisz – sztorcuje Maćka Ksenia – zamów gazetę. Zobaczymy, czy i my załapiemy się na kieliszek z paluszkiem… Załapaliśmy się i to bez zbędnych ceregieli.
Na przystanku autobusowym panuje nie lada tłok. Całe szczęście, że stoimy na początku kolejki, bo ci z tyłu na pewno się nie załapią na najbliższą marszrutkę, która właśnie podjeżdża. Tłum zaczyna niebezpiecznie napierać. Z trudem pokonuję dwa stopnie, podaję kierowcy odliczoną sumę za bilet i siadam na miękkim, sprężynowym fotelu. Po chwili miejsc siedzących już nie ma, ale mimo to ludzie nie przestają wsiadać. Czujemy się jak sardynki w puszce. Tuż nad głową mam włochatą pachę czerwonego na twarzy jegomościa, który ma miejsce pół leżące, pół stojące obok nas. Na prostym odcinku drogi marszrutka jeszcze jakoś sobie radzi, ale na lekkich i większych wzniesieniach przypominamy raczej motorówkę: dziób wzniesiony do góry, tył prawie szorujący po asfalcie. Jeszcze chwila i będziemy musieli pchać ten wehikuł pod górę, bo prędzej się z niej stoczy, niż na nią wdrapie.

dsc05395

Kolejka na Aj Petri 😉 Widoki – zabójcze ;)

Podrapani, potargani i lekko znieświeżeni wysiadamy tuż przy wejściu na kolejkę linową, prowadzącą na najwyższy szczyt Krymu – Aj Petri. Różnobarwny tłum kłębiący się w kolejce jest fascynujący. Rodziny z małymi dziećmi, młodzież szkolna, Rosjanie, Ukraińcy, Tatarzy i Niemcy, a w tym wszystkim nasza trójka. Gdy po trzydziestu minutach wychodzimy na ostatnia prostą, przed kasą dostrzegamy ogromny transparent rozwieszony nad wejściem.
Informujemy podróżnych, że pieniądze ze sprzedaży biletów przeznaczone są na remont kolejki! – czyta na głos Ksenia. – Ratujmy naszą kolej linową!
No to pięknie. Pod główne wejście podjeżdża elegancki mikrobus, z którego wysypują się mocno nadwyrężeni zębem czasu niemieccy turyści. Ostatniego dwóch pomagierów wynosi z samochodu i sadza na wózku inwalidzkim. Trzeci prowadzi za nim na niewielkim wózeczku butlę tlenową.
No proszę, jak o nich dbają – cedzi przez zęby Maciek. – Ciekawe, kiedy polskiego emeryta będzie stać na taką wakacyjną przygodę.
Tuż przed wejściem do wagonika dochodzi do bójki. Stoimy z Ksenią oniemiałe, patrząc jak dwie dziewczyny w naszym wieku plują sobie w twarz, a później dają po przysłowiowym pysku.
Rozumiecie już moje zdziwienie? – pyta ironicznie Maciek. – Za pierwszym razem wygląda to strasznie. Później można się już przyzwyczaić.

dsc05398

Na górze jest całkiem sympatyczna restauracja…

dsc05402

… z przepysznymi pierożkami i słodyczami :)

W wagoniku panuje spory tłok. Na szczęście zajmujemy miejscówki tuż przy oknie. Piski, trzaski, zgrzyty i zaczynamy się wtaczać na górę. Widoki są zachwycające. W oddali, jak okiem sięgnąć, błękitna toń morskich odmętów, w które wdzierają się szare skały i soczysta zieleń. Drzewa liściaste ustępują miejsca iglakom, których wierzchołki ocierają się o spód wagoniku. Po kilku minutach podjeżdżamy pod masyw górski i zaczynamy wspinać się pionowo w górę. Powoli zaczynam żałować, że siedzę przy oknie, z którego dopiero teraz roztacza się iście spektakularny widok – szczególnie, gdy spojrzy się w dół!
Polak? – pyta Maćka wiekowy jegomość. – Ty znasz Zamość? – kontynuuje dalej swoje pytania. – To piękne miasto. Ja tam stacjonowałem przez kilka lat z armią radziecką – mówi rozmarzonym głosem.

dsc05409

Życzenia zawieszone na drzewie. Czy moje się spełni?

Na Aj Petri o piękne widoki raczej trudno, gdyż przysłaniają je gęste chmury. Licząc na poprawę aury udajemy się do lokalnej restauracji. Siadamy na drewnianych łożach, na których ustawione są niskie stoliki, wokół których pysznią się porozrzucane w nieładzie kolorowe poduchy. Niczym pasza sięgam po kartę dań i wybieram szaszłyk ze szpady i porcję ciasta domowej roboty. Z szaszłykami nie ma problemu, ale ciastem muszę podzielić się z Ksenią, bo to ostatnia porcja. Czekając na zamówione dania rozglądam się po okolicy. Są wielbłądy, na których można pojeździć w kółko, jest biedny niedźwiadek, przyczepiony do klatki gruby łańcuchem. Nie brakuje sprzedawców pamiątek i lokalnych taksówkarzy, którzy za kilka hrywien proponują zjazd ze szczytu swoimi zdezelowanymi machinami. To może być dużo bardziej ryzykowna zabawa, niż wjazd na górę zdezelowanym wagonikiem, ale raczej nie skorzystamy. Moją uwagę zwraca grupka rachitycznych drzewek, do których podchodzą przeważnie kobiety i przywiązują do gałązek kolorowe skrawki szmatek. To drzewa życzeń, na których można zawiesić swoje najskrytsze pragnienia. Deser okazuje się być kłębowiskiem cienkich, delikatnych niteczek z kruchego ciasta, które oblane zostały miodem. Niby nic szczególnego, ale ten smak jest wprost niebiańsko rozkoszny.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *