chamonix 1

Przygoda w Chamonix

FRANCJA  Szczerze mówiąc z wielkim trudem udaje mi się utrzymać równowagę. Co z tego, że na nogach nie mam łyżew. Bieg po lodzie, szybki przysiad z cofniętą do tyłu nogą i płynny zamach ciężkim, kamiennym krążkiem.
Tylko pamiętaj, aby go puścić! – krzyczy do mnie Beata.
Puścić i nie stracić równowagi. Udało się. Teraz patrzę z podziwem, jak energicznie zamiata przed „krążkiem” miotłą. Jeszcze chwila i się wywali. Ze śmiechu bolą mnie szczęki. Jesteśmy najgorszą drużyną pod słońcem. Nie zdobyliśmy żadnego punktu, za to spodnie na tyłkach każdy z nas ma mokre. Curling to zdecydowanie nie jest sport dla naszej czwórki.
To wszystko przez szampana, którego podali do śniadania – Beata z trudem łapie równowagę na wąskim pasie lodu.

4

Przynajmniej się nie wywaliłam ;)

Chamonix to jeden z najpopularniejszych ośrodków turystycznych Górnej Sabaudii w regionie Rodan-Alpy. To tutaj znajduje się Mont Blanc, trzeci najczęściej odwiedzany szczyt górski na świecie. Nic więc dziwnego, że region ten szczególnie upodobali sobie narciarze i alpiniści. Przy tych wszystkich fanach sportu wyglądamy, jak grupka totalnych niedorajdów, które nie potrafią podołać najprostszym sportowym wyzwaniom.

Jeszcze kilka godzin temu byliśmy w Zurychu, a teraz z zachwytem łykamy górskie powietrze i przyglądamy się ośnieżonym szczytom. Nasz pierwszy dzień w Chamonix zaczął się od wizyty w nowo otwartym obiekcie sportowym, w którym znajdują się specjalne tory do uprawiania curlingu. Jednak, mimo usilnych starań trenerów, nie daliśmy rady opanować zawiłości tego, w sumie mało widowiskowego, sportu. Najwięcej zabawy podczas tych „ćwiczeń” mają sami uczestnicy, ale patrząc na sąsiednie tory stwierdzamy, że nie jest na nich tak wesoło, jak u nas. Z powagą i zacięciem na twarzach, płynnym ruchem wypuszczają kamienne krążki w kierunku „domu” czyli bazy, zamaszyście zamiatają lód i zdobywają punkty. No cóż. Ja byłam tak przejęta podczas pierwszego wejścia na lód, że zapomniałam puścić kamień i pojechałam razem z nim, a raczej za nim. Mam nadzieję, że z kolejnym punktem dzisiejszego programu pójdzie mi znacznie prościej. Cóż strasznego może być w jeździe na nartach?

Za oknem roztacza się niewyobrażalnie piękny widok. Błękitne niebo, jasno świecące słońce, narciarze w kolorowych kombinezonach i góry… Widoczność jest doskonała. Niektórzy opalają się na leżakach, delektując gorącym winem. Inni popisują się imponującymi umiejętnościami jazdy na snowboardzie. Patrzę na to wszystko z uśmiechem na twarzy, popijając gorącą czekoladę i zajadając się maślanymi ciasteczkami. Siedzę w wygodnym, pluszowym fotelu kawiarenki „Le Panoramique” i staram się nie myśleć o stłuczonym tyłku, który boli mnie potwornie. Tak, wiem, jeśli nie masz bladego pojęcia o snowboardzie, to nie zgłaszaj się na ochotnika, aby sobie poszaleć. Niestety zanim pomyślałam, instruktor kończył przypinać mnie do „deski”. Szczupły, wysoki, w czarno-zielonym kombinezonie, wyglądał, jak atletyczny heros, gotowy pomóc mi w każdej sytuacji. O naiwności!!!
Balansuj biodrami! Łap równowagę! Przód, tył! Przód, tył! – darł się tuż nad moją głową. – Jeszcze piętnaście minut i puszczę cię na szlak! Chyba oszalał, pomyślałam. Już siedem razy upadałam do tyłu i przodu, a ten mi proponuje szlak!? Idiota! Niestety zanim się obejrzałam, już byłam na … „oślej łączce”. W towarzystwie rozwrzeszczanych dzieciaków czułam się jak Guliwer, i to nie tylko z racji wzrostu, ale również ze względu na lekkość i gibkość ciała. Uczciwie przyznam, że gorsza ode mnie była tylko nad wyraz puszysta Niemka, która krzycząc „Helfen Sie mir!”, toczyła się z niewielkiego pagórka na szeroko rozstawionych nogach. – Balansuj biodrami! – darł się mój osobisty oprawca, kiedy, machając się niczym wańka-wstańka, zaliczałam kolejny upadek. – No cóż, może lepiej poszło by pani z nartami…
Wystarczy pięciominutowy spacerek ze szczytu kolejki linowej The Plaques du Brevent, by móc w całej okazałości i krasie podziwiać, zapierający dech w piersiach, szczyt Mont Blanc. Na chwilę zapominam o bolącym tyłku i stoję oniemiała, chłonąc każdą sekundę tej niezwykłej scenerii. Mam ochotę krzyczeć: „chwilo trwaj wiecznie!”
Wsiadamy do kolejki linowej i po czterdziestu minutach podziwiania majestatycznych widoków najbliższej okolicy jestem już na progu hotelowego pokoju. – Proszę się odpowiednio ubrać – przypomina nam nasza opiekunka – dzisiejsza kolacja będzie niezapomnianym przeżyciem.
Stoimy w recepcji wystrojeni, jak stróże w Boże Ciało. Na wieczorowe bluzki zarzuciłyśmy ciepłe swetry, a nasi towarzysze podróży mają na sobie marynarki i białe koszule. – Tak państwo się wybierają na kolację? – pyta niepewnym głosikiem nasza przewodniczka. Energicznie potakujemy machnięciem głów. Na jej bladym, doskonale gładkim czole pojawia się niewielka zmarszczka, która jednak zaraz znika. Ma być niespodzianka, więc niech będzie – z lekkim uśmiechem prowadzi nas do samochodu. Dokąd jedziemy? – pyta Beata. Już pewien czas temu wyjechaliśmy z miasteczka i mkniemy krętą, wąską drogą w bliżej nieokreśloną czarną otchłań. Nagle samochód staje. Wysiadamy na ośnieżonej polanie, zalanej blaskiem księżycowego światła. Z oddali, powoli, zbliżają się do nas trzej mężczyźni z pochodniami w rękach. Kierowca otwiera bagażnik i wyciąga kilka par raków śnieżnych. – Po co nam to? – pytam niepewnie. – A jak chciała się pani dostać do restauracji? – przewodniczka patrzy na nas kątem oka. No, to pięknie. Nasze wyszukane stroje raczej nie sprawdzą się w knajpie, usytuowanej na szczycie jakiejś góry. Na szczęście kierowca zaopatruje nas miłosiernie w cienkie kombinezony. Pierwszy raz w życiu mam na nogach raki śnieżne. Idziemy gęsiego, brodząc jak czaple w głębokim śniegu. Chodzenie w rakach wcale nie jest takie proste, jak się może wydawać. W związku z powyższym nasza wędrówka zajmuje nam znacznie więcej czasu, niż przewodnicy przewidzieli. Cisza panująca na przełęczy jest porażająca. Głuchym echem niesie się najdrobniejsze skrzypnięcie śniegu i świst naszych nierównych oddechów. Jasna łuna księżyca odbija się od bezkresnej bieli śniegu sprawiając, że widoczność jest bardzo dobra. Po godzinnym marszu, wyczerpani, z rozpalonymi policzkami i palącymi gardłami docieramy do górskiej restauracji – Chalet de Charamillon, położonej na wysokości 1850 m. n.p.m.

chamonix 3W kominku wesoło skrzy się ogień, sprawiając, że w całej izbie robi się strasznie gorąco. Na prostych drewnianych stołach pysznią się sabaudzkie specjały. Strawa jest szalenie prosta, ale jakże wyśmienita. Ser pleśniowy, zapiekany w drewnianych foremkach, ciągnie się wybornie, gdy przebijam się przez jego skorupkę i zanurzam w nim smażonego ziemniaka. Jest cienko krojona szynka, chleb z domowego wypieku, sałatka i szklanice pełne czerwonego wina. To rzeczywiście niezwykła kolacja, przy której czas pędzi na złamanie karku. Zanim się orientujemy, robi się jedenasta w nocy, a przed nami jeszcze spacerek powrotny. Nie wiem czemu, ale rajd z górki wydaje się być zwykłą igraszką, nie sprawiającą żadnych kłopotów.

Lot awionetką nad szczytami Mont Blanc, 2011 rok.

Lot awionetką nad szczytami Mont Blanc, 2011 rok.

Po późnym i lekkim śniadaniu, opuszczamy nasz hotel i ruszamy w drogę powrotną do Zurychu. Przed nami jednak jeszcze dwie atrakcje. Pierwsza, to wjazd na szczyt Aiguille du Midi (3842 m. n.p.m.), który został po raz pierwszy zdobyty w 1818 r. przez m.in. polskiego alpinistę i poetę, Antoniego Malczewskiego. Widok zapiera dech w piersiach. Druga, to niewielkie lotnisko na obrzeżach miasteczka i ku naszej wielkiej radości lot awionetką. Na głowie mam słuchawki, przez które komunikuję się z pozostałymi uczestnikami lotu. Samolocik nabiera rozpędu i startujemy. Jest inaczej, niż w dużej maszynie. Wszystko się trzęsie, drga, a huk silników jest tak duży, że gdyby nie słuchawki, to z nikim nie mogłabym pogadać. Mont Blanc, cel naszej podróży, z lotu ptaka prezentuje się jeszcze bardziej dostojnie i majestatycznie, niż ze szczytów sąsiednich gór. Lodowe jęzory, czapy śnieżne, wiszące tuż nad graniami. Wszystko to przyprawia mnie o szybsze bicie serca. To jeden z tych widoków, których nigdy się nie zapomina.
Chamonix żegnamy wystawnym obiadem w restauracji, należącej do rodziny Rothschildów. Opiekane na maśle marchewki, do tego wolno smażona polędwica, podawana na gorących kamieniach, pire z selera i czekoladowa tarta na deser. Czy ja muszę wracać do domu?

Ciekawostki o Chamonix:

W 1924 r. odbyły się tu pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie.

Chamonix to najstarszy ośrodek narciarski we Francji, określany jako raj dla zaawansowanych narciarzy i snowboardzistów.

V2panorama2010-CMB

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *