F1000006

Pod słońcem Egiptu – w poszukiwaniu Blue Meczetu

EGIPT Kair   W recepcji stawiamy się zgodnie z umową o dziewiątej rano. Szybko zostajemy wyprowadzeniu przed hotel i skierowani do niskiego mężczyzny w czarnym, eleganckim garniturze, błyszczących lakierkach i nienagannie zawiązanym krawacie, który stoi przy nowiutkiej granatowej limuzynie.
To wasz kierowca, Omar. Wszystkim się zajmie i zawiezie was, gdzie tylko będziecie chcieli. O.K.? – informuje nas recepcjonista i nie czekając na odpowiedź, oddala się szybkim krokiem. Czy to na pewno nasz samochód? – zastanawiam się nerwowo, zajmując miejsce tuż przy kierowcy, podczas gdy pozostała trójka rozsiada się wygodnie z tyłu. Na co mamy ochotę w pierwszej kolejności? Na Sfinksa i Piramidy, czy może na Muzeum Starożytności? Nie, to wszystko zdążyliśmy zobaczyć wczoraj, a dzisiaj chcemy odwiedzić Cytadelę i starą część Kairu. Kierowca uśmiecha się szeroko i dociska pedał gazu. Limuzyna, jak na panujące na drodze warunki, zaczyna nabierać niebezpiecznej prędkości. Samochód z lewej, samochód z prawej, ponownie z lewej i z prawej. Mam wrażenie deja vu. Gdzieś już kiedyś to przeżyłam. A tak, w Kaliningradzie. Jazda coraz bardziej przypomina slalom narciarski między tyczkami. Jednak w tym przypadku większość tyczek pędzi z zawrotną prędkością wprost na nas. Na trzech pasach, na których powinny teoretycznie znajdować się tylko trzy samochody, jest ich pięć, a nawet sześć. Światłami drogowymi nikt się nie przejmuje. Mam wrażenie, że jest to zupełnie zbędny element, który, jak się okazuje, zainstalowano w Kairze stosunkowo niedawno i nie wszyscy zdążyli się jeszcze do niego przyzwyczaić. Wyprzedzając rozklekotaną ciężarówkę, przejeżdżamy na przeciwległy pas. Omar zdaje się nie zauważać jadącego z naprzeciwka autobusu. Odruchowo sięgam po pas, aby się zapiąć, ale jak na złość, wymyka mi się z drżących rąk. Jeszcze chwila i dojdzie do kolizji. Żaden z kierowców nie zamierza bowiem zwolnić. Przypomina to trochę zabawę w tchórza; kto pierwszy wymięknie. Na szczęście w ostatniej chwili wracamy na nasz tor.
Wiecie, jak robi się u nas prawo jazdy? – zagaja towarzyską rozmowę Omar. Kiwam przecząco głową. – Trzeba nauczyć się na pamięć przepisów drogowych i zdać z nich test. Jeśli przejdzie się pozytywnie egzamin, to dostaje się prawo jazdy na wszystkie mechaniczne pojazdy.
A nauka samej jazdy?  – wymyka mi się mimochodem.
A co w tym trudnego. Siadasz za kierownicą i jedziesz. Sprzęgło, gaz, hamulec, ot i cała sztuka. – wyjaśnia mi dobrodusznie. Rany boskie, a my siedzimy z nim w jednym samochodzie! – Nic się nie martw – mruga do mnie porozumiewawczo. – Ja mam prawo jazdy od dawna. Mówiąc to wyprzedza o milimetr taksówkę, a ja wciągam z całych sił powietrze i kurczę się w fotelu, jakby miało nam to w czymkolwiek pomóc.
W oddali zaczyna majaczyć imponujący kształt Cytadeli. Z piskiem opon zjeżdżamy z obwodnicy, doprowadzając niemal do całkowitego rozstroju nerwowego mijanego właśnie osiołka, który na niewielkim wózku ciągnie nienaturalnie pomarańczową stertę marchewek. Pięć minut później suniemy już kocimi łbami w stronę Cytadeli.

F1020032

Cytadela robi wrażenie na zwiedzających :)

F1020035

Cytadela i … JA wraz z oryginalnymi hiszpańskimi butami, ale to już oddzielna historia :)

Z przestronnego tarasu widokowego, na tyłach Meczetu Alabastrowego, roztacza się zachwycająca panorama starego i nowego Kairu. Jak okiem sięgnąć niskie domy z płaskimi dachami, minarety, roztyte meczety, kilka nowoczesnych budynków, Nil, a w oddali, osnute lekką mgiełką, piramidy, odwieczny symbol Egiptu. Meczet Alabastrowy, główna atrakcja Cytadeli, to przede wszystkim chłód marmurowych ścian i miękkość dywanów, po których chodzę bosymi stopami, lawirując między modlącymi się ludźmi. To panujący wszędzie dookoła półmrok i niczym nieskalana cisza. To tajemnica i wielkość, wobec której czuję się maleńkim robaczkiem.

F1020033

Widok z murów Cytadeli na Kair…

Omar, teraz chcemy zobaczyć prawdziwy stary Kair i Blue Meczet.
Blue Meczet? – pyta niepewnie. – Jesteś pewna, że tak się nazywa?
– Oczywiście, że tak.
Stukam palcem w przewodnik po Egipcie w języku polskim i pokazuję maleńką mapkę z zaznaczonym obiektem. Omar przegląda książkę i kręci zarówno swoją głową, jak i przewodnikiem. Po chwili wyjmuje komórkę i wypowiada kilka zdań, które na końcu na pewno mają wielki, choć niemy, wykrzyknik. Ruszamy.   Uliczki są wąskie, pozbawione chodników i zdecydowanie bardziej przypominają labirynt  niż aglomerację miejską. Domy są wysokie na dwa – trzy pietra, pozbawione okien, a w otwartych szeroko drzwiach siedzą miejscowi rzemieślnicy. Rozglądam się bacznie dookoła, starając się nie stracić ani jednego z mijanych po drodze obrazków codziennego życia. Szewc, urzędując na chwiejnym zydelku, naprawia jakiś mocno sfatygowany but, piekarz, od czasu do czasu opędzając się od natarczywych much, wyrabia w plastikowej misce ciasto,  a lokalny rzeźnik macha zawzięcie tasakiem. Mijające nas kobiety, obładowane ciężkimi siatami, idą do domów, podczas gdy „pomocni” nad wyraz mężczyźni siedzą w cieniu murów, popijają kawę i dyskutują zawzięcie, spalając przy tym niewyobrażalną wprost ilość papierosów. Nagle tuż przed maskę naszej limuzyny wyskakuje grupka roześmianych dzieci, ubranych w biało – granatowe mundurki. Skąd one się wzięły? Rozglądam się bacznie i dostrzegam niewielką dziurę w betonowym ogrodzeniu. Za tym murem znajduje się pewnie szkoła, a dzieciaki skwapliwie korzystają z drogi na skróty.

F1000003

Uliczki starego Kairu…

F1000004

Kair na wyciągnięcie ręki…

Niespodziewanie, bez najmniejszego ostrzeżenia Omar zatrzymuje samochód w ciemnej i wąskiej uliczce. Gdy otwieram drzwi, kurz unosi się jeszcze ponad drogą. Z pewnym niepokojem rozglądam się dookoła, podczas gdy moi towarzysze wchodzą za Omarem po rozsypujących się schodach, prowadzących do budynku. Podążam ich śladem i staję jak wryta. U szczytu schodów, przy ledwie trzymającej się murów drewnianej bramie, na kartonie po butach, niebieskim flamastrem, wielkimi literami napisano: BLUE MECZET! Ot i arabska pomysłowość! Z nieukrywaną ciekawością zaglądam do środka.
Na dziedzińcu rozwalającego się meczetu rosną trzy rachityczne drzewka oliwne, których, pokryte kurzem i wielkomiejskim pyłem gałązki, sięgają nieczynnej już niestety fontanny. W opuszczonych i zrujnowanych pomieszczeniach, na ścianach, widać jeszcze fragmenty błękitnej i szafirowej mozaiki. Kiedyś musiało być tu bardzo pięknie. Teraz jest tajemniczo i cicho.
Jeśli macie ochotę możecie wejść na wieżę – informuje nas uczynnie Omar – roztacza się stamtąd piękny widok. Nie będziecie żałować.
Na końcu wąskiego i pogrążonego w ciemnościach korytarza dostrzegam schody na wieżę. Nie ma światła, więc stąpamy bardzo ostrożnie, bo na dodatek stopnie trzeszczą ze starości, a niektórych już nawet nie ma. Stopa za stopą, w ślimaczym tempie, trzymając się za ręce, suniemy w górę. Mam wrażenie, że trwa to całe wieki. Dookoła nas panują prawdziwe egipskie ciemności. Klatka schodowa robi się coraz węższa. Mam wrażenie, że otaczające nas ściany zaraz zaczną się osuwać. Jasna plama rozlewa się nagle tuż przed moim nosem. Mrużę oczy i wciskam się na maleńki, okalający wieżę tarasik.
Całkiem nieźle – mruczy pod nosem Maciek. Nieźle? Widok jest niesamowity. Jesteśmy w sercu starego Kairu. Dookoła nas płaskie, zagospodarowane wysłużonymi rupieciami dachy, labirynt wąskich uliczek, a w oddali, na wzgórzu, górująca niczym władczyni miasta – Cytadela. Do moich uszu docierają odgłosy, płynące zza okalającego meczet muru: nawoływania handlarzy, dziecięcy śmiech, porykiwania osiołków i nieustający warkot samochodów. Tuż za mną wyłania się jak spod ziemi „opiekun” obiektu. Na jego twarzy maluje się wyraz lekkiego zniecierpliwienia. Czas naszej wizyty chyba nieco się przedłużył. Nie mogę jednak dojść do schodów, gdyż wejście skutecznie blokuje ogromna postać „opiekuna”. Jakiś problem? Zrobiliśmy coś nie tak? Maciek sięga do kieszeni i wyjmuje kilka banknotów. Bakszysz w Egipcie należy się bowiem wszędzie i każdemu. Schodzenie z wieży zajmuje nam dwa razy więcej czasu niż wejście. Momentami na czworaka, momentami tyłem do przodu i przodem do tyłu. Spoceni jak myszy i ubrudzeni po łokcie, wsiadamy do samochodu. Katem oka dostrzegam jeszcze, jak „opiekun” obiektu chowa tekturową tabliczkę BLUE MECZET. Ciekawe, co teraz wystawi?

F1000006

Widok z mojego Blue Meczetu :)

F1000005

:)

Stoimy w gigantycznym korku koło Wielkiego Bazaru. W miejskim autobusie przed nami ludzie siedzą na wszystkim, na czym tylko się da: na fotelach, podłodze, schodach, zderzaku, dyndają uczepieni otwartych drzwi. Patrzę z niezdrową ciekawością na podróżnych. A co będzie, jeśli któryś spadnie tuż pod koła nadjeżdżającego samochodu? Masakra.
Aby dostać się na bazar, musimy przejść na drugą stronę ulicy. Niby nic wielkiego, a jednak. Do pokonania mamy trzy pasy w jedną i trzy w drugą stronę, a na nich dużo, bardzo dużo samochodów, które wcale nie chcą nas przepuścić.
Trzymajcie się blisko mnie – wydaje polecenie Omar i wkracza na jezdnię. Mimo zielonego światła dla pieszych i przejścia na zebrze nie mamy szans. Na nasz widok jadące auta zdają się przyspieszać. Jeszcze chwila i w nas uderzą! Wciągam brzuch, ściskam pośladki, podkulam palce u stóp i staram się trzymać blisko Omara. Pot zrasza mi czoło. Najgłupszą rzeczą byłoby zginąć pod kołami samochodu szalonych, egipskich kierowców. Przejście z jednej strony na drugą zajmuje nam osiem minut i przysparza kilka siwych włosów na głowie.
W porównaniu z innymi bazarami, na przykład w Damaszku, o Aleppo nie mówiąc, ten w Kairze potwornie mnie rozczarowuje. Spacerując jego głównymi alejami mam wrażenie, że trafiłam na Stadion Dziesięciolecia. Tu adidasy, tu spodnie i spódnice, a tam obrusy i jakieś badziewia… Szkoda czasu.
Gdy wracamy do hotelu zapada zmierzch, który po kilku minutach przeistacza się w noc. Samochody, jeden za drugim, bardzo często bez świateł, stoją w niemijającym nigdy korku.

One comment

  • myśmy też tak mieli chcieliśmy taxówką ale nie potrafili czytać nawet po arabsku, pojechaliśmy do parków oraz miasta umarłych bo meczecie byliśmy dzień wcześniej z wycieczką zorganizowaną

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *