F1000004

Pod słońcem Egiptu – Pociągiem z Kairu do Asuanu

„Na stacji jest tłok, w pociągu jest tłok….” tak pokrótce mogę opisać to, co dzieje się na dworcu kolejowym w Kairze. Godzina – za kwadrans 23. Tubylców raczej niewielu, większość stanowią turyści z ogromnymi walizami na kółkach i kolorowymi torbami, wypchanymi po same brzegi. Wszyscy niebezpiecznie tłoczą się przy krawędzi peronu. Miny groźne i pełne napięcia. Wśród wielonarodowościowego tłumu „poszła” właśnie wiadomość, że miejsca nie są numerowane i ten, kto nie załapie się na przedział, jedzie w przejściu dziesięć godzin. Napięcie potęguje również informacja, że dla obcokrajowców przeznaczone są tylko trzy pierwsze wagony, pilnowane przez uzbrojonych wojskowych.
Pociąg spóźnia się kolejne pięć minut. Przed Maćka wpycha się zawzięcie garstka Czechów. Dobra organizacja i moja wrodzona „życzliwość”, pozwalają im zająć miejsca tuż przed nami. Nagle, ponad naszymi głowami, daje się słyszeć wiadomość, wypowiedziana teatralnym szeptem przez jednego z niemieckich turystów: „POCIĄG! NADJEŻDŻA!” Tłum zaczyna napierać z jeszcze większą siłą. Dobrze, że Czesi są przed nami, bo w razie co, to oni pierwsi spadną na tory. Walizy, torby, tobołki i co mniejsze dzieci, zostają poderwane do góry. Wszyscy, jak jeden mąż, czekamy w napięciu, aż pociąg stanie i będzie można rozpocząć zawody, kto pierwszy, ten lepszy. Nasza grupa też już się zorganizowała. – Dziewczyny, wy do przodu i zajmujecie przedział, my zabieramy bagaże i ruszamy za wami…
Wolne od ciężaru ruszamy. Stojące, a raczej już teraz biegnące wzdłuż wagonu Czeszki są zawzięte i twarde. Kto pierwszy dopadnie drzwi? Od jednej z nich dostaję z łokcia między żebra, ale nie poddaję się tak łatwo. Jestem twarda i w chwili obecnej maksymalnie zdeterminowana, aby zdobyć ten cholerny przedział. Stosując mało sportową zagrywkę wysuwam się na prowadzenie. Brak zasad, to brak zasad, lecz tylko dzięki nieczystym podchodom udaje mi się zaanektować przedział na sześć osób. Brak w nim półek nad naszymi siedziskami, natomiast pośrodku jest całkiem sporo miejsca na walizy i torby. Okno owszem jest, ale raczej tylko z nazwy; jak wysili się wzrok, to można dostrzec kontury sąsiedniego peronu. Powoli dobija reszta grupy, a w przedziale robi się tłoczno.
Pociąg rusza i jak ospały żółw zaczyna sunąć do przodu. Nigdzie jednak nie widzę Maćka. Utknął na korytarzu? Przeskakuję walizy i z bijącym sercem wypadam z przedziału. A jeśli nie wsiadł do pociągu? Przepycham się w stronę drzwi wagonu, co wcale nie jest takie proste, gdyż wszyscy z wyjątkiem mnie suną mozolnie w przeciwnym kierunku. Podrapana, potargana i poobijana dostrzegam stojącego przed drzwiami do pociągu, chudego jak patyk, długiego jak tyczka, silnie gestykulującego Araba. A w tle? Maciek! Stoi na pierwszym stopniu, prawą ręką trzyma się klamki, w lewej majta mu się plecak i walizka naszej koleżanki. Mam wrażenie, że jeszcze chwila i odpadnie. Pot zrosił mu skronie. Szczerze mówiąc stoję jak wryta. Na szczęście tuż za moimi plecami słyszę głos Andrzeja. Spieszy z pomocą. Razem wciągamy spóźnialskiego i toboły. A Arab? Śmieje się szeroko, zaciąga  papierosem, włożonym między jedynkę, a trójkę i w geście solidarności z nami wznosi kciuk do góry.
W przedziale powoli dochodzimy do siebie. Poprawiamy zmierzwione od wysiłku włosy, ścieramy z twarzy ślady pociągowej bitwy i rozpoczynamy … imprezę. Na naprędce zrobionym z bagaży stole, ustawiamy egipskie słodycze, wodę mineralną, swojską suchą kiełbasę, ukradkiem przemyconą z kraju między bielizną, i oczywiście czystą – trzeba sobie jakoś radzić z wrogą fauną i florą bakteryjną. Od czasu do czasu, koło naszej wejściowej wnęki (brak drzwi do przedziałów), przesuwa się wojskowy, bardziej jednak przypominający miejscowego watażkę, z karabinem maszynowym na ramieniu i kindżałem u pasa. Jest sztywny i mało komunikatywny w przeciwieństwie zresztą do personelu pociągu. Ci są szalenie towarzyscy i nad podziw chętnie integrują się z nieokrzesanymi Europejczykami. Po sposobie, w jaki niektórzy z nich wychylają „setę” bez zakąszania, można nawet przypuszczać, że z niejedną duszą słowiańską mieli już do czynienia lub wychodzą z tego samego założenia, co niektórzy mieszkańcy Tunezji, że w nocy Allach śpi, a czego nie widzi, tego nie wie…
A te kobiety wokół ciebie to kto? – pyta ciekawsko młody konduktor. Maciek, siedzący pomiędzy mną a Renatą patrzy na nas zaczepnie, obejmuje rękoma i …
To moje żony, a co?
– Stać cię na dwie kobiety? – pyta z niedowierzaniem mężczyzna – Musisz być strasznie bogaty. U nas mało którego młodego mężczyznę stać na dwie żony. Ja mam 23 lata i jeszcze nie zarobiłem na pierwszą. W Egipcie, aby się ożenić musisz zapłacić przyszłym teściom za swoją wybrankę, a to wcale takie tanie nie jest. Na dziewczynę z miasta stać mało którego chłopaka, więc pewnie tak samo, jak mój brat, będę musiał poszukać sobie żony na wsi. Dużo za nie zapłaciłeś?
Zaraz dam mu po głowie za tak niedorzeczne pytania.
Nic – odpowiada Maciek.
Nic? Tak za darmo? – pyta z niedowierzaniem Arab.
W naszym kraju nie musimy płacić teściom za żony – młody konduktor patrzy z zazdrością na mojego nad wyraz dowcipnego męża. – My płacimy w trakcie trwania całego małżeństwa. Wiesz: urodziny, imieniny, gwiazdka, rocznica ślubu, rocznica zaręczyn itd. A wszystkie te podarki dajemy co roku, do końca swojego życia…
To musicie bardzo dużo zarabiać. A ty szczególnie, skoro masz dwie żony – kiwa z ponurą miną konduktor. Po chwili jednak się rozpromienia. – To u nas jest jednak taniej…
Dziesięć godzin zlatuje jak z bicza strzelił. Noc przeradza się w ranek. Za oknem, przez brudną szybę, udaje mi się dostrzec dzieci, idące do szkół i rolników, ruszających na pola uprawne. Powoli budzi się do życia delta Nilu.

F1020033

A za oknem takie oto widoki

F1020032

Życie na prowincji płynie powoli…

F1020031

Egipt

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *