DSC02204

Bałkański kalejdoskop – zakochać się w Chorwacji

DSC02199

Widok na Tucepi :)

I tym sposobem udaje nam się dotrzeć do Tucepi – niewielkiego miasteczka przyklejonego do chorwackiego wybrzeża. Po „sutym” śniadaniu składającym się z arbuza, melona, winogron i kawy, spałaszowanym na „naszym” tarasie, ruszamy na rekonesans najbliższej okolicy. Wąską asfaltową drogą wspinamy się na kolejne wzniesienie, za którym jest następne i … następne. Miasteczko, pozostawione daleko w dole, tonie w morzu zieleni. Dookoła nas panuje przyjemna cisza, zagłuszana od czasu do czasu brzęczeniem bąków, brykających wśród lawendowych krzaków. Ich włochate tyłeczki nerwowo pulsują przy wysokich i smukłych lawendowych kwiatach. Od czasu do czasu do mojego nosa dociera zapach spalonej słońcem ziemi, lekko przesuszonej trawy i wszelkiej maści ziół, rosnących niedbale i samowolnie wzdłuż drogi. Nagle zza zakrętu wyłania się wysoki, żylasty mężczyzna. Lata świetności ma już dawno za sobą, a mimo to, w rozpiętej koszuli z podwiniętymi rękawami i w przekrzywionym kapeluszu na głowie, wygląda dość interesująco. Mijając nas, zagaduje chłopaków. Co tu robimy? Jak nam się podoba Chorwacja? Skąd jesteśmy? Gdy słyszy, że z Polski, wzdycha rozanielony, szepcze przeciągle: Agnieeeszkaaa i zaczyna śpiewać: „Czy tutaj mieszka, panna Agnieszka….” No cóż … okazuje się, że kilka lat studiował w Warszawie, zakochał się w dziewczynie i dobrze się bawił. Nawet nie wiem kiedy, a już siedzimy przy drewnianym stole pod drzewem oliwnym, na niewielkiej łące, na której rozstawionych jest z dziesięć uli. Pierwsze wino, przyniesione z pobliskiej ziemianki przez naszego gospodarza, degustujemy ostrożnie. Krwisto czerwone, owocowe, półsłodkie i tak wspaniale zimne, że brak mi słów. Na mojej twarzy błąka się nieśmiały uśmiech rozanielenia. Druga i trzecia butelka „wchodzi” nam znacznie szybciej i bez zbędnych ceregieli. Przy sympatycznej rozmowie, nie wiedzieć kiedy, zleciała nam przeszło godzina. I pewnie nic byśmy sobie z tego nie robili, gdyby się nie okazało, że najmłodszy uczestnik wycieczki pożarł cały swój prowiant. Chcąc nie chcąc zbieramy się w drogę powrotną. – To dla was panowie – mówi nasz dobroczyńca i wręcza Maćkowi i Jurkowi po butelce zielonkawego trunku. – To nasz specjał, ziołowy nektar bogów – travarica. Co było dalej szkoda pisać 😉

DSC02208

Pasieki rozstawione w oliwnym gaju…

DSC02211

Maleńkie wioski mijane przez nas w drodze na „szczyt”

DSC02213

„Okno na świat”

DSC02219

Wszechobecna lawenda – to w niej buszują pszczoły i bąki :)

DSC02220

Lawenda w ogrodzie, czego chcieć więcej :)

DSC02240

Droga w „dół” poszła nam szybciej niż w górę :)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *